niedziela, 15 lipca 2012

Czy jestem kretynem? Ewolucja form marketingu w Sieci. Cz. 1.



Żyjemy w dobie dzikiej konkurencji rynkowej. Głównym polem walki o klienta jest oczywiście Internet i pewnie każdy z nas otrzymuje przynajmniej kilka listów reklamowych dziennie. Na niektóre z nich dobrowolnie wyrażamy zgodę, inne, uruchamiając darmową skrzynkę pocztową, przyjmujemy z tzw. „dobrodziejstwem inwentarza” (jest to po prostu ochocza zgoda przymusowa).

Większość znanych mi osób e-maile reklamowe natychmiast wyrzuca do kosza. Sam usuwam niezwłocznie wszelkie nie zamówione śmieci. Bywa jednak i tak, że poszukując wiedzy czy rozwiązania określonego problemu z pełnym przekonaniem zapisujemy się na czyjś mailing, otrzymując następnie cały cykl listów poświęconych interesującemu nas tematowi.

Przyznaję szczerze, że sam prenumeruję kilka lub kilkanaście newsletterów (nie znoszę anglicyzmów, ale nie znam sensownego polskiego odpowiednika tego słowa, a określenie „biuletyn” też mnie nie zadowala) bo jako człowiek-instytucja odczuwam nieustanną potrzebę i konieczność poszerzania wiedzy w wielu zakresach. Czasami jednak nie dowierzam własnym narządom zmysłów, kiedy widzę, jaką bronią szermują dziś gladiatorzy areny handlu.

Szkoda mi czasu, by rozwodzić się nad telewizyjnymi reklamami proszków do prania. Nie mam telewizora i od wielu lat telewizję oglądam jedynie incydentalnie – być może treść i forma przekazu uległy jakimś znaczącym zmianom. Nie wiem dokładnie, kto te reklamy tworzy, ale wydaje mi się, że towarzyszy mu nieodparte poczucie przemawiania do stada debili. Myślę, że durne chwyty z reklam telewizyjnych są wystarczająco czytelne dla każdego średnio świadomego człowieka. Dzisiaj jednak chcę skoncentrować uwagę Czytelników na treści otrzymywanych cyklicznie e-maili.

Głównym celem rozsyłanych treści ma być, rzecz jasna, sprzedaż określonego produktu. Nikt chyba nie ma o to pretensji, w końcu skuteczna sprzedaż stanowi zasadniczy sens wszelkich działań handlowych. Czasami jednak trudno jest mi otrząsnąć się z dojmującego poczucia, że jestem traktowany jak kompletny idiota. Przeglądając korespondencję reklamową z rosnącym zdziwieniem analizuję prymitywne, manipulacyjne zagrywki, zadając sobie nieśmiertelne pytanie: „czy to naprawdę na kogokolwiek działa?”...

Przyjrzyjmy się kilku najjaśniej lśniącym perełkom:

„Specjalnie dla Ciebie…” – w ramach tej strategii piszący usiłuje mnie przekonać, że składaną ofertę przygotował specjalnie dla mnie. Z całą pewnością - oczami wyobraźni widzę, jak wolne wieczory swojego pracowitego życia poświęca dla dobra i komfortu Wojciecha Imielskiego – człowieka, którego nie zna nawet z imienia i nazwiska (nie musi, bo zna mnie za niego program do mailingu).
Ofertę przygotowaną „specjalnie dla mnie”, w tej samej dokładnie formie, otrzymuje jeszcze 130 000 innych, zapisanych na listę mailingową osób.


Osób tych autor listu nigdy nie widział, nie zna nawet ich imion ani adresów e-mail. To jednak pierwsza z wielu odsłon komedii polegającej na traktowaniu klienta jak debila.

1 komentarz:

  1. Witam, post jest stary, ale nie powstrzymam się od komentarza. Zastanawia się Pan, czy to działa? Znam przynajmniej 2 osoby (a reprezentują z pewnością liczną grupę), na które - owszem i to bardzo. Chodzi o nowych użytkowników internetu w wieku... powiedzmy 40 plus. Wdrażając w arkana magii internetu pewnego dojrzałego pana na przykład zaobserwowałem, że ma nieprzezwyciężalną w pierwszym okresie nauki tendencję do czytania... wszystkiego. Znam panią, którą przekonał do oferty bankowej telefon, w którym przedstawiciel "specjalnie dla niej" przygotował ofertę, a do tego obiecał wysłać ją mailem (miał jej maila i telefon, to prawie jak przyjaciel!).
    Zauważył Pan gdzieś, że zaburzenia można interpretować w kategoriach niedojrzałości. Odnoszę przemożne wrażenie, że początkujący użytkownicy internetu, bez względu na osobiste doświadczenie życiowe i inteligencję, z konieczności w pierwszych kontaktach z siecią zachowują się... jak dzieci.

    OdpowiedzUsuń