czwartek, 30 sierpnia 2012

Gołębie Skinnera. Totolotek a siła wzmocnienia sporadycznego.



Człowiek jest ‘kowalem własnego losu’, jeśli ten zwrot w ogóle cokolwiek znaczy, lecz człowiek taki, jakiego stworzyli ludzie, jest jednak produktem kultury.

B.F. Skinner, „Poza wolnością i godnością”

Wpis dedykuję mojemu drogiemu Szwagrowi – Spokojnie Płynącej Rzeczce

Musiałem ostatnio wykonać kserokopię pewnych dokumentów. W punkcie usługowym jest również takie coś, że można zagrać w totolotka - nie wiem, jak się to nazywa, bo nie grywam (zdarzyło mi się w życiu z pięć razy), wiem tylko, że ludzie wchodzą i mówią: „dwa na chybił trafił” albo: „i dej pani jeszcze na chybił trafił” czy coś w tym rodzaju. Pani drukuje świstek, klient płaci i wychodzi. Czasami padają komentarze w rodzaju: „eee, panie, gdzie by ta kto co wygrał” albo: „bogatemu to się i byk łocieli. Wszystkie piniondze i tak idą do bogatych ”.  




Ponieważ musiałem odstać pewien czas w kolejce, dane mi było obserwować ruch i ujrzeć kilku(nastu) kandydatów na milionera. Od wielu lat zastanawiam się nad fenomenem tego zjawiska i choć w psychologii i psychoterapii istnieje wiele alternatywnych lub komplementarnych wyjaśnień ludzkiej skłonności do hazardu, problem ciągle wydaje mi się nie do końca rozpoznany. 


Nie mam jednak wątpliwości co do tego, że gry losowe to kolejny doskonały pomysł na wyssanie dodatkowych pieniędzy z kieszeni podatnika i to w dość cyniczny sposób – w oparciu o jego skryte marzenia, intymne potrzeby, często poczucie niepełnowartościowości, lęki, obawy itd. 

W takich momentach zwykle przypominam sobie zajęcia z pierwszych lat studiów psychologicznych. Przekazywano nam fascynującą wiedzę. Wśród głównych nurtów badawczych poznawaliśmy oczywiście behawioryzm – inaczej psychologię „s-r” (czyli psychologię  „bodźca i reakcji”). 

U teoretycznych podstaw radykalnego, wczesnego behawioryzmu leży bardzo naukowe założenie, w myśl którego w zasadzie nie jesteśmy w stanie poznać mechanizmów i tajemnic ludzkiej psychiki. Możemy i powinniśmy jednak obserwować i opisywać ludzkie reakcje na określone zdarzenia w otoczeniu, przy czym „zdarzenie” jest pojęciem o bardzo dużej pojemności znaczeniowej. Może oznaczać zarówno pojedynczy bodziec (np. oparzenie gorącym żelazkiem) jak i złożoną, konkretną sytuację życiową (np. ślub). Reakcja to przyczynowo powiązana z bodźcem behawioralna odpowiedź, jaką człowiek generuje w następstwie otrzymania określonego sygnału. Również w tym przypadku miewamy do czynienia z reakcjami bardzo podstawowymi (odruch obronny w przypadku żelazka) i bardzo złożonymi (np. samobójstwo w odpowiedzi na psychologiczną sytuację utraty ważnego obiektu). 

Radykalny behawioryzm przeszedł oczywiście swoją ewolucję i dzisiaj nawet na gruncie nauk behawioralnych wyciąga się wnioski co do wewnętrznych uwarunkowań ludzkiego zachowania. W tymi miejscu pragnę jednak wspomnieć o bardzo prostym schemacie badawczym, stosowanym we wczesnych naukowych pracach młodego behawioryzmu. 

Punktem wyjścia behawiorystycznych rozważań były wyniki uzyskiwane w badaniu zwierząt. Wcześni behawioryści maltretowali więc kury bieganiem po labiryntach, gołębie – dziobaniem przycisków, szczury – naciskaniem dźwigni, psy – skakaniem przez przeszkody itd. John Watson, uważany za właściwego twórcę behawioryzmu, podobno badał również własną doktorantkę i to na tyle skutecznie, że aż skończyło się to uniwersyteckim skandalem i całkiem prywatnym rozwodem, zaś doktorantka została niebawem jego drugą (z kolei!) żoną. 

Burrhus Frederic Skinner skonstruował urządzenie zwane „skrzynką Skinnera”. Opisując w dużym uproszczeniu jej działanie można powiedzieć, że była to skrzynka problemowa, w której ptak, w tym przypadku gołąb, wykonywał proste czynności, zaś eksperymentator udzielał gołębiowi wzmocnień. Wzmocnienie to w naukach behawioralnych każde zdarzenie, które - następując bezpośrednio po reakcji - zwiększa prawdopodobieństwo jej wystąpienia w przyszłości. Jeśli więc po dziobnięciu przez gołębia przycisku automat wyrzucał kulkę pokarmu a to powodowało, że gołąb chętnie dziobał przycisk ponownie, wypadnięcie kulki pokarmu było wzmocnieniem reakcji dziobania przycisku. 

Na potrzeby tego krótkiego artykułu przedstawię trzy podstawowe schematy sytuacji eksperymentalnej:

a. Gołąb dziobie przycisk i po każdym dziobnięciu otrzymuje kulkę pokarmu. W tej sytuacji gołąb dziobie ochoczo, dopóki się nie naje do syta i/lub nie znudzi ciągle tym samym efektem dziobania. 
b. Gołąb dziobie przycisk, a po dziobnięciu nie dzieje się nic. W tej sytuacji gołąb szybko przestanie dziobać, ponieważ dziobanie nie przynosi żadnego obserwowalnego skutku. 
c. Gołąb dziobie przycisk, ale kulka pokarmu pojawia się tylko po niektórych dziobnięciach, nieregularnie, przy czym gołąb nie jest w stanie przewidzieć, kiedy kulka się pojawi a kiedy nie. Co dzieje się w tej sytuacji? 

Pewnie niejeden Czytelnik zna odpowiedź. Gołąb będzie niezmordowanie dziobał przycisk zupełnie tak, jakby sprawiało mu to jakiś rodzaj dzikiej przyjemności. W skrajnych przypadkach będzie kontynuował dziobanie, dopóki nie padnie ze zmęczenia. Dlaczego tak jest? Trzeba by zapytać gołębia. 

Analizując problem gier hazardowych zwykle bierze się pod uwagę rolę wzmocnienia sporadycznego. Wzmocnienie sporadyczne to wzmocnienie opisane w sytuacji „c” – nieregularne, dość rzadkie i nieprzewidywalne. Jeśli więc gracz co pewien czas wygrywa nawet drobną sumę – jego granie jest wzmacniane sporadycznie, a siła takiego wzmocnienia jest niewiarygodna. To oczywiście tylko jedna z interpretacji bardzo złożonego zjawiska, jakim jest skłonność do gier losowych. 

Dlaczego ludzie grają w totolotka? Nie znam nikogo, kto wzbogaciłby się dzięki temu. Nikt z moich znajomych nie zna nikogo, kto by się wzbogacił ani nikogo, kto znałby kogoś, kto się wzbogacił itd. 

Nie znam także osoby, która wygrałaby jakąkolwiek znaczną kwotę (albo przynajmniej kwotę, która przewyższałaby ponoszone przez nią na grę nakłady). Nie mogę z całą pewnością stwierdzić, że nikt nie wygrał głównej nagrody, ale cały ten gigantyczny interes dość mocno pachnie mi zwykłym oszustwem. 

Z całą natomiast pewnością totolotek generuje ogromne zyski, zupełnie niewspółmierne do ewentualnych wygranych, i to z wykorzystaniem najprostszych praw behawioralnych oraz przy pełnej akceptacji ze strony swoich dobrowolnych ofiarodawców. 

Zarówno na tym blogu, jak i w wielu innych miejscach a także w sytuacjach prywatnych niezmordowanie staram się udowadniać, że całe życie społeczne to jedna wielka ściema. 

Nie sądzę, by moja argumentacja odwiodła kogokolwiek od gry. Jest z tym nieco podobnie, jak z religią – cóż z tego, że absurdalne religijne zabobony mają niewiele wspólnego z rzeczywistością, skoro dla wielu ludzi są tak bardzo atrakcyjne… Czasem jednak mam poczucie, że rolą psychologa jest między innymi odbrązawianie oszukańczych mitów, tworzonych przez cwanych naciągaczy również przy zastosowaniu wiedzy psychologicznej. 

W życiu codziennym bardzo często zachowujemy się jak wspomniane gołębie Skinnera. Zamiast dziobać przyciski wykonujemy bardziej złożone reakcje, a eksperymentator udziela wzmocnień znacznie bardziej skomplikowanych, niż kulka pokarmu, ale… podstawowy schemat eksperymentalny jest zawsze podobny. 

Znam wielu wierzących, którzy tak naprawdę wcale nie wierzą w Boga. Rozmawiałem też z wieloma osobami namiętnie grywającymi w totolotka. Większość z nich przyznaje, że nie wierzy w wygraną. Rozmowa zwykle przyjmuje podobny przebieg:

- Żebym tak wygrał parę baniek!
- Znasz może kogoś, kto wygrał?
- Nie.
- A znasz kogoś, kto zna kogoś, kto wygrał?
- Nie. Ale ludzie wygrywają. 
- A skąd wiesz, że wygrywają?
- W telewizji przecież mówią. 
- A sam wygrałeś cokolwiek?
- Owszem, raz wygrałem sto złotych i raz tysiąc. 
- A liczyłeś może, ile w życiu wydałeś na granie? 
- Nie. Ale na pewno o wiele więcej, niż wygrałem. 
- Jak sądzisz, jakie jest prawdopodobieństwo, że wygrasz główną nagrodę?
- Oooo, jeju, każdy wie, że praktycznie żadne. Ale ludzie przecież wygrywają…

itd. 

W swojej zawodowej praktyce psychologa miałem okazję rozmawiać z bardzo różnymi ludźmi. W sytuacjach klinicznych pacjenci chętnie opowiadają o własnych, nawet najbardziej intymnych uczuciach i marzeniach. Wiele osób skrycie marzy o wielkiej wygranej, o rzekomej omnipotencji, jaka z bycia milionerem wynika, o własnych, nieograniczonych możliwościach i potędze, jakie niechybnie nastąpią po podjęciu gotówki. W skrajnych przypadkach granie przyjmuje oczywiście postać uzależnienia, a wtedy linia życiowa grającego staje się szybko równią pochyłą. 

Uważam za bardzo prawdziwą starą, wiktoriańską maksymę: „Jeśli coś przyszło ci łatwo, to znaczy, że zrobiłeś to nie tak, jak trzeba”. Chodzi mi w tym przypadku o to, że tylko prawdziwi ludzie sukcesu wiedzą, ile sukces kosztuje porażek, rozczarowań, niedogodności, czasem bólu i przede wszystkim – ciężkiej pracy. Jeśli jakaś wielka wartość nagle spada z nieba, jest to sytuacja raczej nienormalna. Co więcej – bardzo demoralizująca. 

Ktoś, w obecności mojego Szwagra – ekonomisty i doświadczonego menedżera, wspomniał kiedyś o wygranej w totolotka.  Mój szwagier, Spokojnie Płynąca Rzeczka, odpowiedział z przekąsem: „dziękuję bardzo, taka wygrana to najprostszy sposób, by skończyć w przytułku dla bezdomnych”. 

Zapamiętałem tę sytuację z dwóch powodów. Po pierwsze, jak na mojego Szwagra, była to  wyjątkowo długa wypowiedź. Naprawdę się rozgadał. Po drugie – uznając jej niezwykłą wartość uczyniłem ją jedną z sentencji na resztę swojego życia. 

Kiedy jednak o przytułku wspominam grającym, odpowiedzi padają zwykle podobne: „Może ktoś, ale nie ja”, „Zbyt dobrze znam życie (i ciężką pracę)”, „Jestem doświadczony”, „Wiem doskonale, jak zainwestować” itp. 

W tej sytuacji myślę natychmiast o ofiarach opiatów i opioidów. W gruncie rzeczy nie ma takiego twardziela, którego heroina szybko nie położyłaby do grobu lub przynajmniej na cztery łopatki. Każdy, kto po nią sięga, myśli jednak zwykle: „gdybym miał słaby charakter, to może tak, ale nie ze mną te numery, raz spróbuję i już”… 

O wstrząsie, jaki czeka świeżo i niespodziewanie upieczonego milionera napiszę innym razem. 

Nie wierzę w to, że bogatemu byk się ocieli, ale z całą pewnością „pieniądze idą do bogatych”. Według mnie jest tak przynajmniej z dwóch powodów: 

1. Jeśli ktoś stał się bogatym, bo kradnie i jest sprytny, pieniądze trafiają do niego, ponieważ korzysta z ludzkiej naiwności i braku orientacji, sprytnie manipulując ludzkimi uczuciami. Nie mam wątpliwości co do tego, że świat składa się ze złodziei i tych, których złodzieje okradają, przy czym nierzadko okradany jest jednocześnie okradającym (silniejszy bije słabszego, cwańszy okrada mniej cwanego).
2. Jeśli ktoś stał się bogaty, bo dorobił się ciężką pracą i mądrym inwestowaniem, pieniądze trafiają do niego między innymi dlatego, że żyje rzeczywistością i nie wydaje środków na dziecinne złudzenia. Ale, rzecz jasna, również on, chcąc nie chcąc, utrzymuje złodziei. 

Sądzę, że nie każdy bogaty jest złodziejem. Z pewnością natomiast wielu bogatych dobrze wie, ile bogactwo kosztuje, zwłaszcza, jeśli przypadkiem złodziejami nie są. 

W razie, gdyby ktoś pomyślał, że Imielski ma się za mądrzejszego, od razu uspokajam – Imielski wprawdzie nie grywa w totolotka, ale warunkowaniu podlegamy wszyscy. Tego się nie da, niestety, uniknąć. 

1 komentarz:

  1. To mój ulubiony artykuł... Zaraz po "Komforcie picia". :)

    OdpowiedzUsuń