czwartek, 27 września 2012

Efekt mechanika


Z nieistotnych w tym miejscu powodów często zdarzało mi się zmieniać mechaników samochodowych. Bywając w wielu warsztatach zauważyłem pewne charakterystyczne zjawisko. Niemal każdy kolejny, oglądający mój samochód znawca i konsultant uważa za stosowne w sposób niewybredny deprecjonować wszelkie poczynania swojego poprzednika. Przybiera to zazwyczaj taką mniej więcej postać: „ja pierdolę, co on tu panu narobił!”, często z towarzyszącym, efektownym chwytem oburącz za głowę lub przynajmniej z wymownym grymasem i machnięciem ręką. 


Czasami komentarze dotyczą tylko udzielonych przez poprzedniego mechanika porad i sugestii. Wówczas doradca aktualny odsądza wcześniejszego od czci i wiary, powątpiewając nie tylko w jego kompetencje, profesjonalizm, władze umysłowe i dobre chęci, ale formułując także nader nieprzychylne domysły co do jego pochodzenia, okoliczności przyjścia na świat, społecznej i obyczajowej kondycji jego rodziców i paru innych, personalnych szczegółów. 

Podobny, choć obecny w nieco mniej radykalnej formie trend zauważyłem u lekarzy. Ja sam, na szczęście, niezwykle rzadko korzystam z usług medycznych. Mam jednak wielu przewlekle chorych znajomych. Czasami każdy kolejny specjalista z pasją krytykuje uzdrowicielskie praktyki swojego poprzednika („co za leki on pani przepisał!”) zupełnie tak, jakby był to niezawodny sposób na wykazanie własnych, nieprzeciętnych i niepodważalnych kompetencji zawodowych. 

Efekt ten w wybitnie nasilonej, wyraźnej postaci zaobserwowałem u osób zajmujących się sprzętem i oprogramowaniem komputerowym ("co ten kretyn ci tutaj poinstalował!", "tylko idiota może polecać ten program!", "nikt normalny nie używa tej przeglądarki!" itd.). 

Bywa, że profesjonalista pragnie się wykazać. To chyba zupełnie normalne a nawet pożądane zjawisko. 

Można to jednak uczynić na dwa zasadnicze sposoby:
- pozytywny: „popatrzcie, jaki jestem dobry w tym, co robię!”
- negatywny:  „popatrzcie, jaki on jest kiepski w tym, co mnie tak świetnie wychodzi!”


Nauczony własnym doświadczeniem, rodzinie i znajomym zwracam przede wszystkim uwagę, że obecna opinia (porada, naprawa, usługa) wcale nie musi być lepsza od poprzedniej. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że każdy kolejny spec zmiesza swojego poprzednika z błotem choćby tylko z nawyku. Negacja czyichś racji wcale nie oznacza, że negujący ma do zaproponowania rozwiązanie lepsze lub mniej wadliwe. 

Wydaje mi się jednak, że mamy w tym przypadku do czynienia z kolejną psychologiczną pułapką, nazwaną przeze mnie „efektem mechanika”. Jeśli klient, niezadowolony z usług jakiegokolwiek fachowca, udaje się do kolejnego speca, a ten uzna za stosowne obrzucić poprzednika krytycznymi uwagami, klient nabiera czasem przekonania, że oto wreszcie trafił do prawdziwego specjalisty. Wynika to w sposób jasny z późniejszych, konsumenckich opowieści:  „…no i ten od razu złapał się za głowę, kiedy zobaczył (usłyszał), co mi tamten doradził!”. Jest to chyba dość niebezpieczny sposób rozumowania. Ja sam jestem zdania, ze wysokiej klasy specjalista nie krytykuje swoich kolegów, a jeśli nawet, to z pewnością nie w agresywny i impertynencki sposób i nie po to, by zabłysnąć na tle czyichś ewentualnych błędów. 

Zauważyłem, że efekt mechanika ma również znacznie szerszy, społeczny wymiar. Wystarczy, by na światło dzienne wypłynęła dowolna, drobna nawet afera z udziałem specjalistów z jakiejkolwiek dziedziny. Jeśli ktoś usłużny poinformuje odpowiednie media, wypadek  zyskuje szeroki rozgłos, a wokół zdarzenia zazwyczaj szybko tworzy się klimat czegoś w rodzaju społecznej histerii. 

Jeśli zdarzeniem życzliwie zainteresuje się telewizja, przedstawienie szybko nabiera rozpędu. Emocje rosną, bo poświęcony wydarzeniu czy zjawisku program telewizyjny wzbogacony jest o dramatyzujące, medialne dodatki, jak budząca grozę, przerażająca melodia, emisja obrazu w ponurych, przygnębiających kolorach,  rzekome cierpienie dzieci (niezależnie od tego, czy zdarzenie ma z dziećmi cokolwiek wspólnego) itd. Natychmiast następuje także rozbudowany akt medialnej inkwizycji, będący poszukiwaniem winnego na zasadzie: „KTO odpowiada za krzywdę małej Zosi?”. 

„Lekarz odmówił zbadania…”, „psycholog nie zauważył patologii…”, „prokurator pozwolił na zaistnienie przestępstwa…” – to tylko przykłady haseł rzucanych w kontekście publicznego polowania na osoby odpowiedzialne za niską jakość naszego codziennego życia.   

W ramach zmasowanej nagonki do telewizyjnego studia zapraszani bywają specjaliści usiłujący własnej karierze dodać napędu z zastosowaniem drugiego z wymienionych sposobów. Oto pojawia się fachowiec, który z całą pewnością nie dopuściłby się tak karygodnej niefachowości i tak niewybaczalnych zaniedbań. Zjawisko to widoczne jest przy okazji wielu nagłaśnianych ostatnio problemów. 

W ferworze krytyki zapomina się, że niezwykle rzadko instytucjonalnym błędom winien jest pojedynczy człowiek, że najwybitniejszemu specjaliście zdarzyć się może tragiczna w skutkach pomyłka i że piętnowanie cudzych niepowodzeń to jedna z najprostszych rzeczy pod słońcem. Co zaś najważniejsze – że każdemu z nas zarzucić można rozmaite profesjonalne zaniedbania, niewidoczne, dopóki nie zainteresuje się nimi na przykład telewizja. Jeśli stanie się cokolwiek złego, nietrudno błyskotliwie znaleźć „przyczyny”, co koresponduje ze znanym powiedzeniem, że „mądry Polak po szkodzie”.

Nie chodzi o to, by nie oceniać zdarzeń i nie wyciągać wniosków. Niezwykle często jednak refleksja sprowadza się do poszukiwania kozła ofiarnego, co jest tym bardziej smutne, jeśli wyraźnie widać, że ktoś, przy tej okazji, czyimś kosztem usiłuje realizować własne, doraźne interesy. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz