wtorek, 27 listopada 2012

Kleksy w sądzie. Projekcyjne czary-mary


Niedawno, przy jakiejś okazji trafiłem na kolejną odsłonę przedstawienia toczącego się wokół problemu stosowania metod projekcyjnych w psychologii. Temat jest bardzo ważny i bardzo drażliwy.  

Od początku wykonywania zawodu należę do grona psychologów prowadzących krwawą i – jak dotychczas - mało skuteczną  krucjatę przeciwko pseudopsychologicznym, magicznym absurdom w uprawianiu stosowanych nauk społecznych. Ponieważ problem metod projekcyjnych, zwłaszcza w odniesieniu do psychologicznej praktyki sądowej uważam za bardzo istotny, postanowiłem napisać dziś parę słów na ten temat.

Wokół metod projekcyjnych toczy się zażarta dyskusja. Jak zwykle w psychologii – po obu stronach barykady grzmią wytaczane przez oponentów, podpierane doniesieniami badawczymi z całego świata naukowe działa. W gruncie rzeczy bardzo wiele psychologicznych problemów nie może doczekać się jednoznacznego rozwiązania – wyniki wszelkich badań naukowych okazują się wzajemnie sprzeczne i na poparcie każdego stanowiska w sporze przytoczyć można zwykle stosowne, piśmiennicze dowody. Literatura dotycząca problemu, o którym mowa, jest bardzo obszerna a jej zasoby ciągle rosną. Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy technik projekcyjnych dysponują w debacie określoną, bardziej lub mniej sensowną argumentacją i w gąszczu zupełnie niejednoznacznych naukowych doniesień niezwykle trudno jest wyrobić sobie sprecyzowane stanowisko. Dlatego należy pamiętać, że niniejszy artykuł nie jest artykułem naukowym -  jest moją subiektywną, osobistą opinią. 

Jako psycholog sądowy opiniowałem w kilkuset różnych sprawach. Przez cały okres praktyki sądowej  usiłowałem poradzić sobie z poważnymi wątpliwościami natury merytorycznej i etycznej. Zarówno jako biegły sądowy, jak i jako strona kilku postępowań z perspektywy czasu uważam, że jeśli gdziekolwiek istnieje sprawiedliwość (w co, głównie ze względu na wielki relatywizm i niejednoznaczność tego pojęcia głęboko wątpię), to z całą pewnością nie w sądzie. Jestem także zdania, że psychologia, podobnie jak wiele innych nauk, w licznych zakresach nie dojrzała jeszcze do zastosowania sądowego, choć z drugiej strony nie bardzo wyobrażam sobie działanie organów ścigania bez wsparcia w postaci specjalistycznej wiedzy psychologicznej (występująca pomiędzy tymi dwoma stanowiskami sprzeczność jest w gruncie rzeczy pozorna, zaś swobodne rozważania na temat etycznych problemów psychologii sądowej zawarłem swego czasu w artykule, którego fragment zamieszczam w kolejnym wpisie). 

Projekcyjne metody badania psychologicznego, jak sama nazwa wskazuje, wykorzystują dość powszechne i oczywiste zjawisko projekcji. W tym przypadku projekcja oznacza rzutowanie własnych, psychicznych i emocjonalnych treści na wykonywaną czynność – na przykład rysowanie, formułowanie swobodnych wypowiedzi czy interpretację spostrzeganych obrazów. 

W pewnym sensie każdy akt ludzkiego działania jest aktem projekcji, ponieważ w każdej podejmowanej aktywności siłą rzeczy ujawnia się charakter i inne cechy działającego podmiotu. Innymi słowy każdy z nas, robiąc cokolwiek, nadaje swemu działaniu sobie tylko właściwe, charakterystyczne znamiona – jest tak niezależnie od tego, czy człowiek akurat pisze poemat, gotuje zupę, przekazuje swoim dzieciom wyznawane wartości etyczne i intelektualne czy wykonuje jakąkolwiek inną, prostą lub złożoną czynność. Projekcyjne techniki badawcze stosuje się przy założeniu, że w takim akcie tworzenia ujawniają się pewne treści psychiczne i emocjonalne, które można interpretować w oparciu o postulaty konkretnej teorii psychologicznej. 

Techniki projekcyjne, przynajmniej w deklaracjach wielu swych entuzjastów, sięgają do psychicznych i emocjonalnych elementów egzystujących w tzw. „podświadomości”. Już samo to, w moim przekonaniu, ich wiarygodność czyni wysoce wątpliwą. Wszelkie kategoryczne rozważania na temat „podświadomości” uważam za niepoważne. Nie kwestionuję istnienia tego obszaru życia psychicznego, twierdzę tylko, że na obecnym etapie rozwoju nauk o człowieku nie dysponujemy stosownymi narzędziami jego badania. Tymczasem wielu przedstawicieli nauk społecznych (przede wszystkim, rzecz jasna, psychoterapeuci) zachowuje się tak, jakby teren podświadomości był terenem zupełnie dobrze poznanym i opisanym.  Psychoterapeutyczne grzebanie w tzw. „podświadomości” uważam za wyjątkową bzdurę – przypomina mi to znane powiedzenie „rozprawiał ślepy o kolorach”.  

Jestem zdania, że stosowanie metod projekcyjnych w psychologicznej praktyce sądowej to nie tylko nieporozumienie. Diagnozowanie osobowościowych i emocjonalnych dyspozycji człowieka na podstawie jego opowieści o plamach atramentu uważam przede wszystkim za kpinę z racjonalnego krytycyzmu, jaki winien zawsze towarzyszyć wszelkim dociekaniom naukowym. Jeśli ktoś uważa, że trochę przesadzam lub stosuję zbyt dosadne określenia przypominam, że psychologiczna opinia dla potrzeb tzw. „wymiaru sprawiedliwości” bywa brzemienną w skutki i miewa decydujące znaczenie dla dalszych życiowych losów uczestników postępowania sądowego (w tym nierzadko dzieci). 

W toku sprawy korzystający z usług biegłych organ procesowy powołanemu specjaliście stawia zazwyczaj konkretne i bardzo jednoznaczne pytania, oczekując odpowiedzi o równie ścisłym charakterze. Biorąc pod uwagę specyfikę psychologii jako nauki zupełnie nieścisłej trudno jest mi wyobrazić sobie, by można było udzielić takiej odpowiedzi w oparciu o wnioski z tego, co badany wygaduje na temat kolorowych kleksów. Jeśli test plam atramentowych Rorschacha pozwala cokolwiek diagnozować, to moim zdaniem głównie fantazje samego badającego. 

Bywa, że atramentowe plamy w ramach psychologicznego badania diagnostycznego  wykorzystywane są jako jedna z kilku, wzajemnie uzupełniających się technik i wynika to z przyjętego w psychologii zdrowego założenia, zgodnie z którym ostateczna diagnoza powinna być sformułowana na podstawie danych pochodzących z możliwie licznych źródeł. Psychologiczna opinia sądowa jest tym lepsza i bardziej rzetelna, im więcej różnych informacji wzięto w niej pod uwagę. Wątpię głęboko, czy badanie atramentowymi plamami wnosi do diagnostyki cokolwiek cennego, z pewnością jednak podkopuje autorytet psychologii w oczach wszystkich uczestników postępowania. 

Każda nowoczesna nauka dysponuje, rzecz jasna, określoną metodologią. W przypadku psychologii są to przede wszystkim psychometryczne narzędzia pomiarowe, a mówiąc prościej -  testy, skale, inwentarze i kwestionariusze. Co do faktycznej, teoretycznej i diagnostycznej wartości poszczególnych metod można prowadzić niekończące się spory, raczej jednak  nie powinno być wątpliwości co do tego, że w przypadku psychologicznej praktyki sądowej chodzi przede wszystkim o rzetelność i precyzję stosowanego pomiaru. Psychologia sądowa wykorzystuje metodologię silnie zakorzenioną w psychologii klinicznej. W psychologii klinicznej zaś trudno jest mówić o pomiarze w ścisłym tego słowa znaczeniu. Natura ludzka, choć całkiem już nieźle poznana, w zasadzie wymyka się jakimkolwiek precyzyjnym klasyfikacjom, co jeszcze bardziej utrudnia rzetelny psychologiczny proces diagnostyczny. Dlatego w zakresie wnioskowania klinicznego zdani jesteśmy w dużej mierze na coś, co określa się zwykle mianem „doświadczenia” i to jeszcze jeden powód, by wszelkie psychologiczne opinie sądowe wzbudzały wątpliwości wszystkich zainteresowanych. 

Test Rorschacha jest techniką składającą się z kilku tablic przedstawiających barwne, symetryczne atramentowe plamy. W największym uproszczeniu proces badawczy przebiega tak, że badający prosi badanego o interpretację poszczególnych obrazów czyli o to, by badany powiedział, z czym mu się plamy kojarzą. Na podstawie wypowiedzi badanego badający usiłuje określić pewne emocjonalne, osobowościowe a nawet intelektualne dyspozycje swojego pacjenta (klienta, opiniowanego itd.). 

Pomimo faktu, że test Rorschacha doczekał się pewnych prób ujęcia w bardziej rygorystyczne wytyczne co do interpretacji wyników (np. system Exnera), od początku swego istnienia wzbudza liczne kontrowersje zarówno w środowisku zawodowym psychologów, jak i poza nim. Czytelnikom zainteresowanym tematem polecam dość obszerny i szczegółowy, starannie opracowany, dotyczący testu Rorschacha artykuł w Wikipedii

Mówiąc szczerze nie dziwię się oburzeniu osób, które w najbardziej dramatycznych okolicznościach życiowych poddane zostają badaniu z wykorzystaniem kolorowych plam.  Mam w tym miejscu na myśli psychologicznie opiniowanych uczestników wszelkich postępowań sądowych. Trochę dziwię się także, że sędziowie wszelkich sądów dopuszczają czasem dowód z takiej opinii, bo choć postępowanie biegłego sądowego pozostaje (i słusznie) w dużej mierze poza wpływem i kontrolą sądu a pracownicy organów ścigania nie dysponują wiedzą psychologiczną jestem zdania, że test Rorschacha jest szczególnie jaskrawym przykładem zanieczyszczenia psychologii pseudonauką.  

Choć technika ta ma licznych przeciwników i od lat trwa batalia o jej definitywne wycofanie z psychologicznej praktyki sądowej, nadal zdarza się, że bywa z przekonaniem wykorzystywana w opiniowaniu dla potrzeb organów procesowych.   

W zasadzie uważam za nieporozumienie sytuację, w której opinię co do czyjejś zdolności do pełnienia roli ojca (matki) czy opiekuna (opiekunki) rodziny opiera się na wynikach z badania „testem” kolorowych kleksów. Dlatego w tym miejscu zwracam się do wszystkich, których może to dotyczyć, by w sytuacji rażących metodologicznych nadużyć ze strony psychologów nie wahali się sięgać po stanowcze formy interwencji, pamiętając o tym, o czym przypominam do znudzenia – podobnie, jak przedstawiciel każdego innego zawodu również psycholog podlega odpowiedzialności za wszelkie podejmowane działania. 

Jeśli stosowane procedury lub metody diagnostyczne wzbudzają Twoje obawy czy wątpliwości, spróbuj podjąć następujące kroki:

- zwróć się o konsultację do innego, niezależnego psychologa, najlepiej znanego z naukowej i krytycznej orientacji zawodowej – przy pomocy rozsądnego specjalisty, wątpliwej wartości opinię możesz spróbować podważyć również w oparciu o specjalistyczną literaturę przedmiotu (tak naprawdę w literaturze znajdziesz tyle samo „za” co i „przeciw” atramentowym kleksom, ale w tym przypadku chodzi głównie o wykazanie, że metody takie, jak test Rorschacha nawet w środowisku zawodowym psychologów są tematem skrajnych kontrowersji)

- zwróć uwagę sądu na kwestie, które Cię niepokoją

- zwróć się do sądu z wnioskiem o powołanie innego biegłego lub o sporządzenie alternatywnej, niezależnej opinii 

- poproś o zajęcie stanowiska jakiś niezależny instytut badawczy

- w ostateczności problemem zainteresuj telewizję ;) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz