wtorek, 15 stycznia 2013

Pomiędzy awanturnictwem a wyuczoną bezradnością. Pieniactwo a walka o swoje prawa


W pewnym okresie życia bardzo intensywnie pracowałem jako psycholog sądowy. W pracy tej jednym z najpoważniejszych problemów było wydobycie ze Skarbu Państwa należnego wynagrodzenia (obowiązek wynagradzania biegłych sądowych nie spoczywa na konkretnym, korzystającym z usług biegłego sądzie jako samodzielnej instytucji, choć to właśnie sąd bezpośrednio powoduje wypłatę). Bywało, że na przelew zapierającej dech w piersiach kwoty stu czy dwustu złotych czekało się ponad rok. 



Powodem takiego stanu rzeczy nie był wcale brak dobrej woli ze strony pracowników sądu czy prokuratury. Sądowe procedury, których sprawność i stopień cywilizacyjnego zaawansowania zna każdy, kto choć raz w życiu miał do czynienia z tzw. „wymiarem sprawiedliwości” po prostu nie sprzyjają specjalnie szybkiemu bogaceniu się biegłych. W toku sprawy specjalista, po wykonaniu ekspertyzy przedstawia sądowi rachunek, zaś przewodniczący składu sędziowskiego podejmuje decyzję o jego zatwierdzeniu (lub niezatwierdzeniu…). Pisemne postanowienie o przyznaniu wynagrodzenia otrzymują następnie biegły i strony procesowe, którym w określonym terminie przysługuje prawo zaskarżenia postanowienia, jeśli na przykład ktoś uważa, że specjalista zarabia zbyt dużo… itd. Jak więc widać, uzyskanie wypłaty kilkudziesięciu złotych wcale nie jest w tym przypadku sprawą łatwą.   


W pewnym momencie praca dla sądu stała się dla mnie jedynym źródłem marnego utrzymania a problem egzekwowania należnych wypłat - problemem naprawdę poważnym.  Niestety, sądu nie obchodzi bieżący status materialny biegłego, procedury są procedurami a decydenci mają z reguły sporo czasu. „A może pozwij sąd do sądu?” – ironicznie radził mi jeden z kolegów… 

Pewnego razu, mocno zniecierpliwiony wielotygodniowym i kilkakrotnym w ciągu każdego dnia, nerwowym zaglądaniem na konto bankowe, postanowiłem wystosować odpowiednie pismo do prezesa sądu. W piśmie podniosłem kwestię opóźnień, poprosiłem o możliwie szybką i skuteczną interwencję, dla jasności wywodu załączyłem także postanowienia o przyznaniu wynagrodzenia oraz wyciągi z konta bankowego. Zaznaczyłem przy okazji, że w najbliższym czasie moje uczestnictwo w licznych rozprawach najprawdopodobniej stanie się niemożliwe z powodu braku środków na dojazd do sądu. Warto dodać, że formułując wniosek nie usiłowałem odpowiedzialnością za zaistniały stan rzeczy obciążać kogokolwiek – po prostu rzeczowo i grzecznie poprosiłem o dotrzymywanie stosownych terminów realizacji przelewów. 

Przeczytaj też: Przygody nieuczciwego podatnika. Debilizm polskiej biurokracji

W odbytej niewiele później, przyjacielskiej rozmowie z Prezesem zostałem zapewniony, że Szef sądu doskonale rozumie moje stanowisko i w pełni je popiera, bo upominam się o swoje, nie o cudze, zaś o opóźnieniach w zakresie wypłat do tej pory po prostu nie wiedział. Mój Rozmówca obiecał także, że podejmie stosowne kroki. Dzięki interwencji Prezesa wynagrodzenie zostało dość szybko wypłacone a opóźnienia przestały się zdarzać. Głównym efektem moich starań było jednak to, że śmiertelnie obraziły się na mnie panie sekretarki wszystkich wydziałów sądu. W rozmowie z jedną z nich, w odpowiedzi na zarzut formułowania niepotrzebnych skarg zadałem pytanie, czy kiedykolwiek oczekiwała na wypłatę półtora roku. Niewiele pomogło - w sposób dość jednoznaczny dano mi odczuć, że moje działanie odbierane jest po prostu jako złośliwe mącenie spokojnej, prowincjonalnej urzędniczej wody. Podejrzewam, że gdybym nie był wówczas jedynym dostępnym psychologiem, nie miałbym więcej okazji elokwencją i wiedzą popisywać się przed niewidzącym obliczem Temidy. Jak bowiem nieraz zapewniali mnie znajomi policjanci – sekretarka sądowa może w sądzie więcej, niż sędzia (jest to oczywiście przesada, ale hierarchia hierarchią, a biurokracja – biurokracją i wszyscy wiemy, że pani Halinka czy Małgosia na wiele uciążliwych sposobów okazać mogą swoje niezadowolenie, zły humor lub brak sympatii dla kogokolwiek z petentów). 

Jeśli sądowe stawki dla biegłych psychologów i psychiatrów są niskie, to wynagrodzenie oferowane biegłym przez prokuraturę jest naprawdę marne. Tam, gdzie pracowałem, przyjętą praktyką było, że niezależnie od nakładu pracy i poniesionych kosztów wynagrodzenie za całą ekspertyzę biegłego psychologa lub psychiatry prokuratura obcinała do wysokości 100 złotych. Jeśli więc biegły wystawił rachunek na złotych 185, otrzymywał postanowienie o zatwierdzeniu rachunku „do wysokości 100 złotych”. Jedyną formą protestu ze strony występujących na moim terenie biegłych sądowych z zakresu psychiatrii i psychologii było uparte wystawianie rachunków na kwotę znacznie przekraczającą tę oferowaną, pomimo nieuchronnie następującej redukcji wynagrodzenia. Dwie znane mi osoby odmówiły świadczenia usług dla prokuratury w ogóle.

Ja postąpiłem jeszcze inaczej. Swego czasu zauważyłem, że każde postanowienie o zatwierdzeniu rachunku zaopatrzone jest w klauzulę mówiącą o służącym zainteresowanemu „prawie odwołania się od decyzji do właściwego sądu…” itd. Któregoś dnia skierowałem więc do sądu zażalenie na prokuratorską decyzję. Jak przystało na polski „wymiar sprawiedliwości” postępowanie nie jest proste - odwołanie, za pośrednictwem prokuratury rejonowej złożyć należy do prokuratury okręgowej, ta zaś przesyła wniosek do sądu rejonowego… i tam zapada ostateczna decyzja. 

Sprawę o wypłatę należnego wynagrodzenia wygrałem i wypłacono mi całość wnioskowanej kwoty. Był to jednak koniec mojej współpracy z prokuraturą. Urzędnicy postanowili surowo mnie ukarać, w dalszej perspektywie czasowej zgodnie i jednogłośnie odbierając zaszczyt świadczenia dla nich usług. 

Po tym fakcie udzielałem się sądowo przez może jeszcze dwa lata, nigdy jednak nie zdarzyło się już, by rejonowa prokuratura, dla której sporządziłem wiele opinii psychologicznych, kiedykolwiek zaprosiła mnie do współpracy. Na moje jawne kpiny z zaistniałej sytuacji jedna z pań prokurator odpowiedziała: „no, niestety, proszę pana, tak to właśnie działa…”. 

Zauważyłem, że upominanie się o swoje niezbywalne prawa jest w naszym kraju najprostszą drogą do uzyskania aureoli pieniacza. Narodowa filozofia potoczna zaleca tymczasem pokorę i koncentrację na wykonywaniu obowiązków, każdy zaś sięgający po realizację własnych przywilejów śmiałek ma wielką szansę spłonąć na stosie powszechnego niezadowolenia. Cóż więc z tego, że przepisy i wszelkie inne regulacje prawne gwarantują obywatelowi takie czy inne prawa? Osoba ośmielająca się z tych gwarancji skorzystać bardzo często naraża się na gniew wszelkich zaangażowanych w sytuację osób, co jest zjawiskiem tym bardziej nieuzasadnionym, jeśli osoby te, jak w opisanym przypadku z prokuraturą, z tytułu określonych roszczeń nie ponoszą żadnych osobistych kosztów, nakładów ani jakkolwiek rozumianych strat. W myśl pewnej narodowej tradycji nie jest dobrze walczyć o własne prawa – wprowadza to niepotrzebne zamieszanie i naraża walczącego na wszelkie przejawy nieprzychylności ze strony zwłaszcza żywych trybików biurokratycznej machiny urzędniczej.


Tzw. „błąd systemu”. Czy utrzymywanie złodziei sprawia Ci przyjemność? 

W pokoleniach moich rodziców i dziadków przyjęty był zwyczaj pokornego płacenia wszelkich przychodzących rachunków, często zupełnie niezależnie od zasadności formułowanych przez instytucje i przedsiębiorstwa roszczeń. W dużej mierze wynika to chyba z zakorzenionej, zabobonnej wiary w moc papieru („…a ma pan to na piśmie…?”) i odbywa na zasadzie: „skoro przyszedł rachunek, to trzeba zapłacić, bo i tak się z nimi nie wygra, a poza tym: szkoda nerwów i zachodu…”. W wielu przypadkach oznacza to po prostu utrzymywanie zwyczajnych złodziei i naciągaczy. 

Swego czasu przez wiele miesięcy korzystałem z oferty pewnego dużego dostawcy usług internetowych. Z samego łącza byłem bardzo zadowolony. Co do poziomu obsługi klienta jednak… współpraca ze wspomnianym rynkowym gigantem kosztowała mnie wiele kubków melisy. W tym miejscu wspomnę o jednej tylko sytuacji. Kiedy w określonym kontraktem abonenckim terminie dokonałem rozwiązania starej i zawarłem nową umowę, mój znakomity usługodawca, całkowicie bezprawnie naliczył mi tzw. „karę umowną” w wysokości prawie stu złotych. Ponieważ nowe warunki współpracy obejmowały znacznie bardziej przystępny abonament, po podpisaniu umowy zacząłem na konto usługodawcy przelewać niższe kwoty – po kilku tygodniach stwierdzono braki na koncie i wyłączono mi dostęp do Internetu. Podjąwszy w tej sprawie telefoniczną interwencję, zostałem przeproszony i zapewniony, że wina leży całkowicie po stronie dostawcy usług. Kilkanaście godzin później mój usługodawca dobrodusznie umożliwił mi korzystanie z uroków dostępu do Sieci, przy okazji naliczywszy mi… opłatę za ponowne przyłączenie Internetu. W tym momencie nie pomogłaby nawet melisa, niewiele bowiem dzieliło mnie od prawdziwego szału. Tym bardziej, że wszelkie próby telefonicznego wyjaśnienia zaistniałych nieporozumień za pośrednictwem infolinii rutynowo ograniczały się do wysłuchiwania irytujących melodyjek i, co jakiś czas, monotonnego komunikatu: „Niestety, w tej chwili wszyscy nasi konsultanci są akurat zajęci…”. Dziwna rzecz – zauważyłem mimochodem, że jeśli wybiorę numer do biura sprzedaży usług, natychmiast zgłasza się całkiem uprzejmy i całkiem żywy konsultant!  

Poświęciłem jeden wieczór i starannie przygotowałem odpowiednie pismo do komórki w rzeczonej firmie zajmującej się obsługą reklamacji. W liście, z wykorzystaniem kopii faktur, umowy i paru innych dokumentów przedstawiłem dość szczegółowy zarys sytuacji. Pismo zawierało także ostrzeżenie, że w przypadku, jeśli firma dostarczająca Internet nie odstąpi od obecnych lub popełni jakiekolwiek dalsze nadużycia finansowe, sprawę niezwłocznie skieruję do prokuratury.    
            
W ciągu kilku dni mój usługodawca całkiem ochoczo zrezygnował z wszelkich roszczeń, zaś wydział reklamacji uszczęśliwił mnie wyjątkowo przyjaznym, zawierającym uprzejme przeprosiny listem. Sformułowane przez odpowiedzialną za obsługę reklamacji osobę wytłumaczenie zaistniałych nieporozumień niespecjalnie mnie zaskoczyło   – wszystkiemu winien był, rzecz jasna, tzw. „błąd systemu”. Wszelakie „błędy” rozmaitych „systemów” stanowią wytłumaczenie równie uniwersalne, co biurowa, legendarna już formułka: „przykro mi, ale wszystkie decyzje są na razie wstrzymane”, kierowana do osób zbyt natrętnie poszukujących zatrudnienia.        

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ śmiem sądzić, że każdego roku ogromne kwoty pieniędzy przepadają w trudnej do precyzyjnego określenia toni zupełnie bezprawnych finansowych pretensji.       Mój były dostawca Internetu to firma obsługująca kilka milionów abonentów. Każdego z nich wystarczy co miesiąc naciągnąć na 10 groszy, by dysponować całkiem pokaźnym dochodem z tzw. „szarej strefy”. 

Nie przepadam za pisaniem urzędowych pism i znam kilka przyjemniejszych sposobów spędzania wolnego czasu, niż literackie popisy w walce o swoje podstawowe prawa lub w obronie przed oczywistymi nadużyciami. Zawsze wolę się też dogadać, niż czytywać czyjekolwiek przeprosiny.  Jeśli jednak nie pozwalając się okradać jestem pieniaczem, to w gruncie rzeczy pragnę nim pozostać. Kierując się babciną filozofią płatniczą nie mógłbym nawet wiedzieć, że zupełnie dobrowolnie zaspokajam czyjeś bezpodstawne roszczenia, bo co do ich bezpodstawności upewniłem się tak naprawdę wówczas, kiedy już od nich odstąpiono. Nie wiedziałbym też, że może nawet (kto wie?) szczodrze i wspaniałomyślnie finansuję czyjeś egzotyczne wczasy.  


Kim jest prawdziwy pieniacz? Trochę o drugiej stronie medalu

We własnej psychologicznej praktyce sądowej spotkałem najróżniejsze międzyludzkie sytuacje sporne. Częstym tematem potocznych żartów są tzw. „sprawy o miedzę” a postępowania tego rodzaju są chyba głównym sądowym chlebem powszednim. Bez wątpienia najbardziej idiotyczną sprawą, z jaką się zetknąłem, był spór o porysowany słupek graniczny – rolnik, jadąc ciągnikiem, uszkodził betonowy znak geodezyjny na posesji sąsiada (słupek wystawał ponad trawę jakieś 5 cm a uszkodzenie, widoczne na zawartych w materiale dowodowym zdjęciach miało postać rys na szarej, betonowej jego powierzchni). Sprawa ciągnęła się lat kilka i musiał w niej, rzecz jasna, opiniować psycholog.  Dużo częściej procesy takie dotyczą kłótni i wzajemnych pogróżek: ktoś kopnął kogoś w tyłek, ktoś inny krzyknął, że mu pokaże – to wystarczający powód, by prowadzić wieloletni i często kilkupokoleniowy spór przed obliczem sądu.    

Znałem osoby, których głównym życiowym zajęciem było wszczynanie najróżniejszych przewodów sądowych, przeciwko sąsiadom, członkom rodziny, a także – bardzo często – przeciwko rozmaitym instytucjom publicznym. Pamiętam całe rodziny specjalizujące się w prowadzeniu sporów o najbardziej błahe dobra czy idee. Nader często uczestnikami takich postępowań bywają stali pacjenci oddziałów i szpitali psychiatrycznych. 

Co właściwie charakteryzuje osobę o klinicznie nasilonych cechach wichrzycielskich? 

W używanym obecnie w Polsce podręczniku „Klasyfikacja zaburzeń psychicznych i zaburzeń zachowania w ICD – 10” znajdujemy opis jednostki diagnostycznej określanej jako „osobowość paranoiczna”, nazywana także pieniaczą, fanatyczną i jeszcze inaczej (w psychologicznej i psychiatrycznej praktyce klinicznej często spotyka się określenie „osobowość paranoiczno – pieniacza”). 

Objawy to (komentarze po dwukropku - W.I.): 

a. nadmierna wrażliwość na niepowodzenie i odrzucenie: chodzi o wyolbrzymiony rozmiar emocji występujących w odpowiedzi na sytuacje, w których pacjent czuje, że odniósł osobistą porażkę lub że został zlekceważony przez partnera (partnerów) jakiejkolwiek interakcji o charakterze społecznym. Porażka urasta więc do rozmiaru klęski, rzekome zaś odrzucenie spostrzegane jest jako skandaliczna obraza i niewybaczalna krzywda.
  
b. tendencja do długotrwałego przeżywania przykrości, np. niewybaczania krzywd, niesprawiedliwości i lekceważenia: pacjent miesiącami przeżuwa negatywne uczucia, a pojawiające się emocje są silne i niezwykle trwałe (mówimy wówczas o tzw. zaleganiu uczuć).
     
c. podejrzliwość i stała tendencja do zniekształcania codziennych doświadczeń poprzez błędne ujmowanie obojętnych lub przyjaznych działań otoczenia, jako działań wrogich czy pogardliwych: jest to właściwy sens i istota nastawienia paranoicznego. Wszelkie podejmowane działania innych osób pacjent skłonny jest odbierać jako atak lub zagrożenie. Czasami w efekcie wykształca potocznie kojarzące się z pojęciem „paranoja” przekonanie, że „wszyscy są przeciwko niemu”.  

d. prowokujące do walki, sztywne poczucie własnych praw, niewspółmierne do potrzeb wynikających z aktualnej sytuacji: chodzi tu o cechę zewnętrznie przejawiającą się wygórowanymi reakcjami w odpowiedzi na spostrzegane jakiekolwiek (realne lub nie) zagrożenie własnego dobra, ponieważ pacjent jest wyjątkowo silnie skoncentrowany na własnych prawach i szczególnie negatywnie odbiera wszelkie przypadki ich naruszania. 
  
e. nawracające, nieuzasadnione podejrzenia dotyczące wierności seksualnej współmałżonka lub partnera seksualnego: sens chyba oczywisty, objaw właściwie nieistotny z punktu widzenia tego artykułu. 

f. tendencja do nadmiernego przeceniania własnego znaczenia, wyrażająca się utrwaloną postawą ksobną: postawa ksobna polega na odnoszeniu do własnej osoby wszelkich, czasem zupełnie niewinnych czy przypadkowych, pojawiających się w otoczeniu treści. Typowym przykładem jest obecne u pacjenta przekonanie, że incydentalnie napotkane osoby, śmiejące się z czegokolwiek w rzeczywistości z pewnością śmieją się z niego (lub rozmawiające o czymkolwiek – rozmawiają o nim). Osoba z nastawieniem paranoicznym wyróżnia się także często przekonaniem o własnej wyjątkowości – przebywając w szpitalu domaga się więc specjalnych względów, na przykład tego, by zajmował się nią wyłącznie ktoś z tytułem naukowym itd.     

g. pochłonięcie nie potwierdzonymi, „spiskowymi” wyjaśnieniami wydarzeń dotyczących zarówno bezpośrednio pacjenta, jak i całego świata: pacjent o cechach paranoicznych wykazuje czasem wyjątkowe upodobanie do wszelkiego rodzaju spiskowych interpretacji historii czy jakichkolwiek bieżących wydarzeń. Czasami buduje własną, mniej lub bardziej sensowną koncepcję funkcjonowania opresyjnej rzeczywistości. Tego typu przekonania często przez wiele lat ukrywa, na co dzień w większości sytuacji funkcjonując zupełnie poprawnie.     

W tym miejscu warto wspomnieć o dość cienkiej granicy pomiędzy zaburzeniami osobowości a chorobą psychiczną. Osobowość paranoiczna nie oznacza występowania zaburzeń psychicznych o tym charakterze, pamiętać jednak należy o płynnym charakterze różnic pomiędzy punktami na osi zdrowie – choroba psychiczna. Pacjent zaburzony (chorujący) psychicznie to osoba, u której nastawienie paranoiczne nosi znamiona objawu psychotycznego. System urojeniowy ma wówczas postać utrwalonej i rozbudowanej struktury, a same urojeniowe przekonania determinują treść i formę życia chorego w sposób znacznie utrudniający lub uniemożliwiający mu normalne, codzienne funkcjonowanie. W przypadku zaburzeń osobowości możemy mieć do czynienia z różnym nasileniem wymienionych objawów i warto pamiętać, że nie u każdego pieniacza można zaobserwować je wszystkie.

Może się wydawać, że pieniący się pieniacz jest osobą szczęśliwą, działa bowiem niejako w swoim żywiole i sprawia wrażenie człowieka z ciągłych konfliktów czerpiącego jakąś trudną do zrozumienia satysfakcję. Osoba ujawniająca opisane zaburzenia najprawdopodobniej cierpi jednak tak samo, jak każdy inny zaburzony osobowościowo człowiek. Mimo to psychospołeczne koszty pieniaczych działań ponoszą głównie osoby narażone na permanentne podejrzenia, zarzuty i interwencje ze strony wichrzyciela – znam przypadki, w których głęboko zaburzona osoba o takich skłonnościach spowodowała wyprowadzkę kilku kolejnych rodzin z sąsiedniej posesji. 

Jeśli ktokolwiek posądza Cię o skłonności do nadmiernego wichrzycielstwa możesz spróbować skonfrontować się z opisanym szkieletem diagnostycznym pamiętając, że w naszym kręgu kulturowym stanowcze sięganie po własne prawa w zbyt wielu przypadkach i często w sposób nieuzasadniony nazywane jest pieniactwem.  

Co na gruncie praktycznym odróżnia zatem pieniacza od osoby rozsądnie domagającej się realizacji własnych praw? Udzielenie odpowiedzi na to istotne pytanie nie jest sprawą łatwą. Podkreślić przede wszystkim należy, że różnica ma jak zwykle charakter ilościowy i w moim odczuciu obejmuje następujące punkty:

Pieniacz walczy niemal z każdym i o wszystko. Liczba prowadzonych przez pieniacza spraw zazwyczaj budzi dalece posunięte wątpliwości co do ich zasadności. Osoba o patologicznie nasilonych cechach wichrzycielskich ma mnóstwo „wrogów”, a każdy z nich permanentnie, z premedytacją i wyjątkowo złośliwie działa na jej szkodę, już to wypuszczając brzydkie zapachy z toalety czy kuchni, już to pozwalając dzieciom bawić się przy płocie. W skrajnych przypadkach do awantury wystarczy pieniaczowi krzywe lub zbyt nieuprzejme spojrzenie sąsiada, albo to, że sąsiad od kilku dni nie pojawia się na podwórku.       

Pieniacz sięga po środki niewspółmierne do sytuacji. Osoba zagrożona ma pełne prawo podejmowania działań obronnych. Stopień ich stanowczości powinien być w zasadzie podyktowany rozmiarami niebezpieczeństwa, wiadomo jednak, że nie wszystkie zagrożenia mają charakter obiektywny (jak pożar czy trzęsienie ziemi). Dlatego nasze reakcje na sytuacje niebezpieczne mają postać bardzo indywidualną. Pieniacz ma tendencję do natychmiastowego sięgania po ciężką artylerię i dobrze, jeśli odwetem za doznane „krzywdy” jest tylko cywilizowana sprawa sądowa, a nie pobicie, morderstwo lub podpalenie. W każdym jednak przypadku dostrzec można nienaturalnie wygórowane reakcje – czasem zdarzenie, z punktu widzenia postronnego obserwatora zupełnie niewinne, powoduje u pieniacza wybuch niezwykle nasilonych emocji. W konsekwencji możemy mieć do czynienia z użyciem środków zupełnie nieadekwatnych do sytuacji.       

Liczba krzywd spotykających pieniacza na co dzień jest cokolwiek nienaturalna. Każdemu z nas zdarza się czasem ponieść porażkę lub doznać pewnych nieprzyjemności ze strony otoczenia. Nad większością takich zdarzeń szybko przechodzimy jednak do porządku dziennego, zwykle stosując najprostsze strategie racjonalnej interpretacji zaistniałej sytuacji. Wiadomo, że życie nie jest idealne, a czyjeś niesympatyczne czy wrogie zachowanie nie zawsze wynika ze złej woli i chęci krzywdzenia – czasami jest po prostu wypadkową różnych, nawet trudnych do zaobserwowania czynników o charakterze sytuacyjnym. Pieniacz jest osobą wyjątkowo narażoną na wszelkie złośliwości i akty agresji. Godzinami opowiadać może o spotykających go złośliwościach i zniewagach, atakach i pomówieniach, zaczepkach i prowokacjach, a przy okazji charakterystycznym jest, że odpowiedzialnością za rozwój sytuacji obciąża zawsze intencjonalnie działające osoby, przyczyn wszelkich zaistniałych sytuacji doszukując się w ludzkiej złośliwości, agresywności i wrogim nastawieniu. 
  
Poczucie winy i poczucie krzywdy. Żyjąc w codziennej rzeczywistości społecznej nie sposób uniknąć różnego rodzaju sytuacji spornych. Z interpersonalnych sytuacji konfliktowych wynikają dwie ważne grupy emocji, związanych z poczuciem winy lub krzywdy. Nikt z nas nie jest świętym i nawet w codziennych, drobnych sprawach bywamy zarówno ofiarami jak i sprawcami różnych nieprzyjemnych zdarzeń. Poczucie winy pojawia się, kiedy w subiektywnym przekonaniu czujemy się odpowiedzialni za cudzą krzywdę, poczucie krzywdy zaś – kiedy czujemy, że spotkała nas niezasłużona strata. U większości osób pomiędzy dwoma tymi zjawiskami istnieje zdrowa równowaga. Warto również zaznaczyć, że w zdrowym, niezaburzonym życiu emocjonalnym zarówno poczucie krzywdy, jak i winy nie pojawia się często i nie jest zbyt intensywnie przeżywane. Co bardzo charakterystyczne - pieniacz ujawnia wyjątkową skłonność do przeżywania poczucia krzywdy, niezależnie od sytuacji trudno jest jednak skłonić go do jakiejkolwiek skruchy. W rzeczy samej, osoba o nastawieniu paranoicznym właściwie nigdy nie czuje się winna, bo w każdej sytuacji konfliktowej występuje w roli nieszczęśliwej ofiary.   

Pieniacz nie miewa wątpliwości. Najprawdopodobniej każdy walczący o cokolwiek człowiek miewa wątpliwości co do tego, czy aby na pewno działa w słusznej intencji i czy postępuje uczciwie wobec innych. Takich rozterek nie obserwuje się u prawdziwego pieniacza – prowadząc krucjatę przeciwko wszelkiej niesprawiedliwości wichrzyciel żywi niezachwiane przekonanie, że racja z całą pewnością w każdym przypadku jest po jego stronie.    
             
Syndrom „zawodowego pokrzywdzonego”. Często odnieść można wrażenie, że bycie pokrzywdzonym jest dla pieniacza swego rodzaju perwersyjnym hobby. Wydaje się, że osoba o nastawieniu paranoicznym w większości sytuacji wyjątkowo chętnie szuka dziury w całym.  Czasami prowadzenie sporów i spraw sądowych staje się głównym lub nawet jedynym zajęciem pieniacza (zwłaszcza, gdy jako cierpiący z powodu faktycznych lub nieistniejących dolegliwości pobiera on rentę lub inne świadczenia socjalne). Po paru latach osoba o cechach paranoicznych bywa specjalistą w zakresie przepisów i ustaw, a co najważniejsze – przysługujących pokrzywdzonemu praw. Z sytuacją szczególną mamy do czynienia, kiedy cechy pieniacze ujawnia prawnik lub osoba dobrze z prawem obeznana – wichrzyciel taki szybko staje się wyjątkowym utrapieniem wszelkich instytucji.     

Szczególny stosunek do własnego wizerunku. Kiedy pracowałem w firmie budowlanej, pewnego razu realizowaliśmy remont w jednym z prywatnych domów w okolicy. W pokoju, w którym montowaliśmy podwieszany sufit, zamieszkać miał młody syn właściciela domu. Kilkanaście razy dziennie składał nam krótszą lub dłuższą wizytę, każdorazowo wygłaszając przemówienie dotyczące ponoszonych przez siebie kosztów, narzekając na niekorzystne warunki naszej współpracy a przy okazji na cały beznadziejny, pełen oszustów i złodziei świat. Z wielką pasją zawodowego reportera komentował wszelkie poczynania mieszkających w naszej miejscowości osób, wyjątkowo chętnie używając określeń w rodzaju „debil”, „palant”, „kretyn” i paru jeszcze innych, których przytaczać w tym miejscu nie wypada. Miał też uroczy zwyczaj spluwania na podłogę, a czasami, doceniając nasze poczucie humoru, prezentował wyrafinowane kawały i anegdoty z półki „przychodzi baba do lekarza”. Życzliwe zainteresowanie z jego strony nie tylko uprzykrzało nam pracę. Słuchając mimochodem jego opowieści miałem także bardzo wyraźne poczucie, że młodzieniec przyjął dość szczególne, wyrażające się w formule „atakuj, albo sam zostaniesz zaatakowany” nastawienie do życia. Dużo później, ów dziesięć lat młodszy ode mnie chłopiec skarżył się mojemu koledze, że spotkawszy go w sklepie nie złożyłem mu z szacunkiem życzeń noworocznych.  

To tylko przykład, sądzę jednak, że w przypadkach takich kłótliwe i roszczeniowe nastawienie wynikać może z lęku przed uszczerbkiem na wizerunku człowieka zaradnego i sprytnego – by koledzy przy piwie z ironią nie komentowali, że ten i ów w grochówkę daje sobie dmuchać.  

Wśród osób tego rodzaju często pokutuje też dość powszechne przekonanie, że bez awantury nie sposób załatwić najprostszej nawet sprawy.      

    
Wyuczona bezradność 

Zastanawiałem się, jakie zjawisko psychologiczne można byłoby uczynić poglądowym przeciwieństwem pieniactwa. Pieniacz to osoba w sposób zdecydowany i często przesadzony interweniująca w wielu sprawach, nawet wówczas, kiedy problem zupełnie nie jest wart interwencji. Przyszło mi do głowy, że z wielu powodów na przeciwnym biegunie spektrum obywatelskich postaw leży zaburzenie określane mianem wyuczonej bezradności. 

Prowadząc badania nad instrumentalnym warunkowaniem psów S. Maier, B. Overmier i M. Seligman* zauważyli eksperymentalnie interesujące, a z praktycznego punktu widzenia niepokojące zjawisko. Jeśli zwierzę laboratoryjne wielokrotnie poddane zostało działaniu bodźca awersyjnego (nieprzyjemnego, zagrażającego) w sytuacji badawczej skonstruowanej w taki sposób, że niezależnie od podejmowanych reakcji nie było go w stanie uniknąć, wykazywało następnie tendencję do całkowitej bierności w obliczu zagrożenia. Pies szybko nauczył się, że wszelkie próby obrony okazują się nieskuteczne i jeśli w kolejnym badaniu mógł w prosty sposób uciec przed nieprzyjemnym doznaniem, nie podejmował żadnych wysiłków w kierunku jego uniknięcia, całkowicie biernie poddając się działaniu deprymujących bodźców awersyjnych. Występujący deficyt motywacyjny nie wynika w tym przypadku z awersyjnego charakteru samego bodźca, lecz z braku kontroli nad nim.

Nietrudno zauważyć, że podobne zjawisko występuje w psychologii człowieka. Brak wpływu na przykre zdarzenia i sytuacje wykształca u wielu osób postawę biernej akceptacji – jeśli podejmowane zabiegi i strategie obronne zawodzą, ujawniamy tendencję do pasywnego poddawania się trudnej rzeczywistości. Wyuczona bezradność prowadzi szybko do zaburzeń o charakterze depresyjnym – obrazowym przykładem może być w tym przypadku kondycja psychiczna osób długotrwale, nieskutecznie poszukujących pracy czy też odsetek samobójstw wśród osób bezrobotnych. 

Pieniacz z zaangażowaniem i pasją interweniuje w każdej niemal sprawie. Osoba ujawniająca wyuczoną bezradność nie podejmuje żadnych prób zaradzenia złu. Z tego punktu widzenia pieniactwo i wyuczona bezradność to dwa, równie szkodliwe, choć jakościowo różne bieguny tego samego wymiaru.


Podstawowe implikacje praktyczne. Jak działać w obronie własnych praw?

W odniesieniu do problemu ochrony własnych, zagrożonych dóbr wielkie zastosowanie mają, rzecz jasna, wszelkie postulaty właściwie rozumianej asertywności. Za najważniejszy z nich uważam zasadę poszanowania praw wszelkich innych, zaangażowanych w sytuację osób. Tak naprawdę jednak życie bywa dużo bardziej skomplikowane, niż najbardziej nawet wymyślne scenariusze treningowe. Dlatego w obliczu konfliktu interesów ostateczna forma zachowania zależy od bardzo wielu, często niekontrolowanych czynników. 

Warto jednak pamiętać o kilku podstawowych zasadach: 

1. Przedyskutuj problem z osobami niezaangażowanymi.  Jeśli czujesz się pokrzywdzony, być może przeżywasz silne negatywne emocje. W takiej sytuacji trudno jest w sposób racjonalny analizować zaistniałą sytuację. Warto więc omówić sprawę z kimś życzliwym, a bardziej w tym momencie obiektywnym. Z drugiej strony, ilu konsultantów, tyle zwykle różnych zdań i poglądów, a decyzji nikt nie podejmie za Ciebie. Przy zachowaniu odpowiedniego dystansu warto jednak poznać opinię innych osób – czasem może to pomóc w zbawiennym dostrzeżeniu mniej oczywistych, łatwych do pominięcia aspektów sytuacji. 

2. Upewnij się, że nie szkodzisz osobom trzecim. W ferworze walki o słuszną nawet sprawę łatwo jest naruszyć dobro osoby zupełnie postronnej. Warto o tym pamiętać, prowadząc wszelkie spory i batalie. Dla przykładu – nie musisz pytać kogokolwiek, czy w sprawie sądowej zgodzi się wystąpić jako świadek. To sąd decyduje, czy dopuści dowód z jego zeznań a powołana osoba ma obowiązek stawić się na wezwanie organu procesowego. Wiele osób woli jednak wcześniej zapytać ewentualnego świadka, czy gotów jest zeznawać w określonej sprawie i czy sytuacja taka nie uderza w jakieś ważne dla niego wartości. Czasami w związku z faktem składania zeznań Twój świadek może ponieść niepotrzebne koszty, doznać pewnych nieprzyjemności lub nawet stanąć w obliczu bezpośredniego zagrożenia.    

3. Upewnij się, że działasz zgodnie z przepisami prawa. W poważniejszych sprawach warto jest zasięgnąć porady prawnika (przy odrobinie wysiłku można nawet uzyskać ją bezpłatnie – bywa, że wysokiej jakości konsultacji udzielają studenci albo absolwenci prawa, w wielu sprawach możesz także uzyskać przyznanie pełnomocnika z urzędu). Walcząc o własne dobro, w sposób zupełnie niezamierzony możesz naruszyć prawo, komplikując tym samym przebieg sprawy i własną sytuację, czego typowym przykładem jest bycie oskarżonym o składanie fałszywych doniesień.    

4. Zadbaj o stosowną dokumentację. Warto skrupulatnie gromadzić dokumenty dotyczące sprawy, której dotyczy postępowanie. Warto je także często przeglądać. Z praktyki sądowej wiem, że wielu osobom bardzo przysłużyły się prowadzone na bieżąco notatki – ułatwia to późniejsze odtwarzanie chronologii wydarzeń. Dysponując systematyczną i uporządkowaną dokumentacją zawsze zyskujesz przewagę nad przeciwnikiem, biorąc zaś pod uwagę, że może być nim duża i bogata firma lub instytucja – niezwykle ważne jest, by punktów takiej przewagi było po Twojej stronie jak najwięcej.  

5. Nie przejmuj się za bardzo potęgą przeciwnika. Wielkość jest bronią obusieczną. Jeśli za przeciwnika masz wielką firmę, możesz obawiać się, że zostaniesz zmiażdżony. Pamiętaj jednak, że duża firma ma dużo do stracenia – nowocześnie zarządzane przedsiębiorstwo nie może pozwolić sobie na wygłupy. Wiele osób dorobiło się fortuny na procesie z rynkowym gigantem – gigant może bowiem zostać pozwany o gigantyczne odszkodowanie. A to tylko jeden z wielu punktów ryzyka, jakie towarzyszy wielkiej firmie we wszelkich potyczkach prawnych.  

6. Działaj stanowczo, ale kulturalnie, grzecznie i uprzejmie. A zatem stosując wszelkie zasady asertywności. Wydaje się, że takt i kultura osobista otwierają znacznie więcej niedostępnych drzwi, niż pięść, łom i obelga. Jeśli przy tym okaże się, że jednak nie masz racji (a tak okazać może się zawsze), dużo łatwiej będzie też z twarzą wycofać się z nieuzasadnionych roszczeń.  

7. Nie upieraj się, że pamiętasz lepiej. Ludzka pamięć jest procesem fascynującym i niezwykłym, bardzo jednak zawodnym. W sytuacji sporu nie warto upierać się, że z pewnością wie i pamięta się lepiej. Jednym z podstawowych, bardzo często i w sposób istotny zaburzających funkcjonowanie pamięci procesów jest tzw. interferencja (nakładanie się) danych pamięciowych. W uproszczeniu polega to na tym, że świadek, spotkawszy Czerwonego Kapturka na zielonym rowerze i Babcię ze Złym Wilkiem, składając po kilku dniach zeznania może w najlepszej wierze upierać się, że widział Babcię na czerwonym rowerze i Wilka w zielonym kapturku. A zjawisk zakłócających pamiętanie i odtwarzanie wydarzeń jest znacznie więcej. 

Należy też zdawać sobie sprawę, że zaburzeniom pamięci niezwykle rzadko towarzyszy krytycyzm. Mówiąc wprost - nawet osobie będącej w zaawansowanym stadium starczych zaburzeń poznawczych czasami wydaje się, że z pewnością pamięta dobrze. Jeśli więc nawet pamiętasz źle, najprawdopodobniej nie zdajesz sobie z tego sprawy.   
  
8. Nie wygrażaj, czego to nie zrobisz i jak to nie pożałują. Prowadząc spór nie formułuj pogróżek. Zwykle nie służy to dobrze relacji z innymi stronami konfliktu, wyjątkowo łatwo jest także otrzeć się o obszar gróźb karalnych. Dlatego zadbaj o odpowiednią formę wypowiedzi. „Wystąpię na drogę sądową” jest ostrzeżeniem zawierającym spokojną informację na temat uprawnionych działań, jakie zamierzasz podjąć wobec niesatysfakcjonującego rozwoju sytuacji. „Zrobię z wami porządek” jest już czymś w rodzaju pogróżki, zaś „Pożałujecie tego!” może nawet skończyć się dodatkową sprawą sądową. 
Warto również powstrzymać się od formułowania sankcji, które grożącemu są zwyczajnie niedostępne. Z czasów własnej dzikiej młodości pamiętam sytuację, kiedy mój kolega, pod lokalem, z którego wyrzucono nas za awanturnictwo, z patosem wykrzykiwał: "ja wam ten bar zamknę!". Pogróżek takich nikt się zwykle nie obawia, narażają one także grożącego na śmieszność, z czego doskonale zdawał sobie sprawę zarówno mój towarzysz, jak i właściciele z hukiem opuszczonej przez nas restauracji.     

9. Nie strasz sankcjami, po które nie zamierzasz sięgnąć. Nie sięgaj po broń, jeśli nie jesteś gotów pociągnąć za spust. Jest to jedna z podstawowych zasad asertywnej interwencji.  Wyciągnięcie broni powinno być jednoznaczne z faktyczną gotowością do jej użycia. Jeśli więc uprzejmie informujesz, że wprowadzisz w życie określone zamiary, w następnym kroku powinieneś je zrealizować. Ostrzeżenia zawieszone w przestrzeni powodują, że tracisz wiarygodność. Przykład? Matka po raz setny informuje dziecko, że zabierze mu samochodzik, jeśli maluch nie przestanie okładać nim babci po głowie. Zyskuje tylko tyle, że seniorkę rodu maluch maltretuje już zupełnie beztrosko, nie przejmując się powtarzanymi, pustymi ostrzeżeniami.     

10. Bądź bezwzględnie konsekwentny. Jeśli rozpocząłeś walkę o realizację swoich praw, nie porzucaj jej w obliczu nieuchronnych trudności. Pamiętaj, że intencją Twoich przeciwników jest zniechęcić Cię, co będzie tym łatwiejsze, im mniejszą konsekwencją będziesz się wykazywał. Kulturalne i pozytywne doprowadzenie sprawy do końca z pewnością zaowocuje wielką satysfakcją i wzmocni Twoją samoocenę. Należy jednak odróżniać konsekwencję od bezsensownego uporu. Również w tym miejscu wskazany jest złoty umiar – z drugiej strony nie warto bowiem wykrwawiać się na barykadzie sprawy, którą sam z biegiem czasu uznasz być może za nieistotną.  


*opis wspomnianych badań zainteresowany Czytelnik znajdzie w wielu podręcznikach psychopatologii, np. Rosenhan, D.L.; Seligman, M.E.P. „Psychopatologia”, Polskie Towarzystwo Psychologiczne, Warszawa 1994 

2 komentarze:

  1. Swietny tekst opisujacy polska rzeczywistosc. Czy doczekaliśmy naprawde paranoicznych czasow i czy przypadkiem SS (Sluzby Sadowe) tego nie wykorzystuja kierujac lekka raczka niewygodnych na badania psychiatryczne? Czyli jesli domagasz sie wlasnych praw jestes psycholem a z cala pewnoscia nim jestes jesli domagasz sie swoich praw przed wymiarem sprawiedliwosci a tenze wymiar ma inne zdanie. Bo przeciez nikt normalny nie bedzie przeciez stawal naprzeciw sprawiedliwosci. Bo sprawiedliwosc wg tegoz wymiaru zawsze jest sprawiedliwa. Dlatego do sadu idzie sie po wyrok. A ten zawsze jest "sprawiedliwy". A kto sie nie zgadza sie z ta teza kwalifikuje sie do zamkniecia

    OdpowiedzUsuń
  2. Sędziowie to jednak ludzie, więc niestety czasem bywają po prostu zwykłymi ...
    A najgorsza komitywa w sądzie to sędzia na usługach mecenasa i odwrotnie..., a do tego jeszcze kurator i biegły w charakterze psa gończego...

    OdpowiedzUsuń