sobota, 23 lutego 2013

Podstawowe prawa i zasady psychopatologii (8)

8. „To nie ja jestem chory, to moja rodzina” – czyli o krytycyzmie i braku krytycyzmu chorobowego

W potocznym nastawieniu do zaburzeń psychicznych przyjmuje się czasem, że chory psychicznie nigdy nie uważa się za chorego - szpitale psychiatryczne pełne są zdrowych ludzi, podobnie jak więzienia pękają w szwach od nadmiaru osób niewinnych. I w jednym i w drugim przypadku mamy do czynienia z pewną przesadą – sytuacja jest bowiem nieco bardziej skomplikowana. W rzeczywistości spotyka się chorych mających poczucie choroby, podobnie jak zdarzają się więźniowie mający świadomość ciężaru swojej winy i uznający sytuację uwięzienia  za bądź co bądź słuszną. 

W przypadku chorych ujawniających mocno nasilone objawy psychotyczne właściwie nigdy nie zdarza się poczucie choroby i dystans do przeżywanych objawów. Chorzy tacy są przekonani o obiektywnej realności odczuwanych wrażeń, (takich jak na przykład halucynacje) i święcie wierzą w prawdziwość chorobowej konstrukcji urojeniowej. Nie powinno to nikogo dziwić – jeżeli osoba chora słyszy przemawiające do niej głosy to nie istnieje sposób na przekonanie jej, że tych głosów nie ma, bo ona je RZECZYWIŚCIE słyszy. Pomimo, że nie słyszą ich inni. Stwarzany zaś przez chorego system urojeniowy jest często interpretacją doznawanych omamów i biorąc pod uwagę subiektywną realność tych ostatnich – jest niepodważalny (o ile urojeniom nie muszą towarzyszyć halucynacje, o tyle omamom zwykle towarzyszą urojenia, niezależnie jednak od występowania lub nie doznań omamowych system urojeniowy zawsze wykazuje wybitną odporność na próby jakiejkolwiek racjonalnej perswazji). 

W przypadku omamów pojawia się jeszcze jeden ważny temat – jeżeli chory przeżywa doznania podobne do halucynacji, lecz zachowuje w stosunku do nich krytyczną postawę (wie, że są to doznania patologiczne i nierealne), to takie objawy nie spełniają kryteriów diagnostycznych halucynacji. Mówimy wówczas o tzw. halucynoidach.

Warto wspomnieć także o jeszcze jednej, istotnej sprawie – z myśleniem urojeniowym nie dyskutuje się, ponieważ nie ma to najmniejszego sensu. Nie ma sposobu na przekonanie chorego, iż jego obawy co do tego, czy podawane w szpitalu jedzenie nie jest aby zatrute są niepotrzebne i bezzasadne. Mimo to, z drugiej strony nie należy utwierdzać chorego w przekonaniu, że jego opowieści traktujemy poważnie. Warto raczej delikatnie dać mu do zrozumienia, że uważamy je właśnie za objaw choroby – ta zasada postępowania jest w psychopatologii zasadą wręcz klasyczną.

Trudno wyobrazić sobie, by w ostrej fazie zaburzeń chory, przytłoczony ciężarem dręczących go, dziwacznych wrażeń, wykazywać mógł jakikolwiek dystans do własnych przeżyć i ujawniać świadomość ich patologicznego charakteru. W miarę upływu czasu, przede wszystkim po zastosowaniu środków przeciwpsychotycznych, objawy te zazwyczaj powoli ustępują a chory krok po kroku nabiera krytycyzmu. Prędzej lub później następuje odpowiedni moment do  omówienia czy przedyskutowania natury zaburzeń, które u niego wystąpiły, lecz rozmowa taka zawsze wymaga od personelu psychiatrycznego dużej delikatności, taktu i umiejętności perswazji.

Ze strony rodziny i najbliższych przyznawanie pacjentowi racji „dla świętego spokoju” jest tyleż niepoprawne, co niebezpieczne – utwierdza bowiem pacjenta w przekonaniu, że ma on  jednak rację i z tego punktu widzenia jest nieodpowiedzialnym aktem utrwalania urojeniowej konstrukcji poznawczej. Może to tylko niepotrzebnie odwlec w czasie i tak nieuchronną hospitalizację. Jako przykład podać można osoby cierpiące na zespół urojeniowy w przebiegu zespołu uzależnienia od alkoholu (tzw. „zespół Otella”). Pacjenci tacy permanentnie i bez żadnych rozsądnych podstaw zarzucają swoim partnerom życiowym niewierność i zdradę. Po jakimś czasie sytuacja staje się nie do zniesienia – znałem pacjentów całymi dniami śledzących swe żony, wykonujących iście szpiegowskie fotografie i nagrania rozmów, przeszukujących pocztę i wiadomości telefoniczne, urządzających awantury i sceny zazdrości. W pewnym momencie, zdesperowana i zmęczona ciągłymi przesłuchaniami żona, w nadziei na wywalczenie choć krótkiej chwili spokoju przyznaje w końcu, że owszem, zdarzyła jej się drobna zdrada ale to już przeszłość. I wtedy dopiero dramat nabiera rozpędu…


Warto dodać, że po latach faz remisji i nawrotów choroby a także po kolejnych próbach leczenia pacjent zazwyczaj całkiem nieźle orientuje się we własnym problemie, wie, co mu dolega i na czym tak naprawdę polega problem. Zdarzają się nawet chorzy demonstrujący imponującą wręcz wiedzę na temat objawów chorobowych czy leków psychiatrycznych - wiedzę pochodzącą nie tylko z książek i podręczników, lecz przede wszystkim z własnego, smutnego doświadczenia.

Częste u pacjentów bywa także wyjaśnianie natury własnych zaburzeń przy pomocy alternatywnych jednostek diagnostycznych, zazwyczaj takich, które w oczach pacjenta są bardziej akceptowalne społecznie, czyniąc go jakby „mniej chorym”. W mojej własnej praktyce zdarzało mi się zwłaszcza spotykać chorych na schizofrenię chętnie albo wręcz uparcie deklarujących „depresję”, „nerwicę” czy nawet alkoholizm, byle tylko uniknąć słowa „schizofrenia”. Należy podkreślić, że zachowania takie, podobnie jak próby ukrywania objawów psychopatologicznych, są czasem także pewną oznaką zdrowienia ponieważ wskazują jasno, że u pacjenta powoli pojawia się krytycyzm chorobowy i bliższe zdrowiu mechanizmy obronne. Chory zaczyna zdawać sobie sprawę z dziwaczności własnych objawów a to już wielki krok na drodze ku zdrowiu.

Czytaj kolejną część... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz