wtorek, 26 listopada 2013

Pojedynek

Prawdziwy poker to dwóch przeciwników, 
a istotą gry jest uzyskanie przewagi.

Jan Nowicki w filmie „Wielki Szu”, 1982, reż. Sylwester Chęciński 



Gdzieś na początku października miałem okazję kolejny raz wziąć udział w Rawa Blues Festival. Sam festiwal wypadł świetnie i była to być może najlepsza jego edycja w moim życiu, a tych edycji widziałem już wiele. 

Późną nocą, do granic możliwości naładowany gitarowymi kompleksami i pozytywną, bluesową energią (miłość do tej muzyki naprawdę graniczy u mnie z obłędem…), wracałem z Katowic samochodem i niedaleko domu, wykonawszy skręt z drogi głównej na podporządkowaną zauważyłem, że kilkaset metrów dalej, na parkingu przy drodze stoi duży, policyjny radiowóz. Jednym z największych prezentów, jakie otrzymałem od natury, jest doskonały wzrok – pewnie dzięki temu już z tej odległości mogłem widzieć, że na widok nadjeżdżającego samochodu siedzący w pojeździe funkcjonariusze ujawnili wyraźne ożywienie, jednoznacznie zmierzając do niezwłocznego opuszczenia radiowozu. Zanim po wyjściu na zewnątrz którykolwiek z policjantów zdążył wykonać jakikolwiek gest, ochoczo i dobrowolnie zjechałem na pobocze, zatrzymując się przy tuż radiowozie. Muszę przyznać, że stróże prawa wyglądali na nieco zdezorientowanych, a ten, który dzierżył służący do sygnalizowania kierowcy, że powinien się zatrzymać świecący przyrząd (nie wiem, jak się to nazywa) przybrał najpierw nieco zakłopotany, a następnie prawie groźny wyraz twarzy. 

Nie mam nic przeciwko kontrolom drogowym, uważam, że są ważne i potrzebne, jeśli tylko wykonywane rzetelnie. Nie miałem też żadnego powodu, by obawiać się policji. Wysiadłem więc z samochodu, powiedziałem dobry wieczór, pytająco patrząc na policjanta, który w tym momencie, w asyście kolegi podążał właśnie szybkim krokiem w kierunku jezdni, wspomnianym insygnium drogowej władzy machając w stronę kolejnego, nadjeżdżającego pojazdu. 

- Czy ja pana zatrzymywałem? – krzyknął, wzruszając ramionami.
- Właściwie to nie… – odpowiedziałem.
- No, właśnie. Więc proszę sobie spokojnie jechać dalej! – nie znoszącym sprzeciwu, służbowym tonem rzucił funkcjonariusz, oddalając się w stronę obowiązków służbowych. 

No, to spokojnie pojechałem sobie dalej. Nieco właściwie rozczarowany, że ominęła mnie kontrola, wpadłem na pomysł, że oto dane mi było stoczyć z policją szczególny, psychologiczny pojedynek. Jestem pewien, że funkcjonariusze mieli początkowo zamiar mnie zatrzymać i swoim dość niecodziennym postępowaniem w pewnym sensie wybiłem ich ze zwykłej roli. Skoro bowiem obowiązkiem stróża prawa jest zatrzymać jadącego obywatela, obywatel zatrzymujący się dobrowolnie wyręcza policjanta, a tym samym niejako pozbawia go władzy. Zjeżdżając na pobocze zademonstrowałem chęć wyprzedzenia intencji patrolu, zaś policjant, nie dokonując kontroli, najprawdopodobniej pragnął mnie przekonać, że wcale nie zrobiłem funkcjonariuszom na złość. Tak naprawdę moim celem nie była złośliwość wobec kogokolwiek, nie chciałem też tym razem nikogo przechytrzyć. Po prostu byłem pewien, że i tak zostanę zatrzymany. Można sobie jednak wyobrazić, że mam coś na sumieniu – gdybym w bagażniku wiózł trzysta kilogramów heroiny i zwłoki dwóch osób, dzięki zaistniałej grze być może spokojnie dostarczyłbym ładunek do celu.   

Dla prowadzącego szkolenia trenera jednym z najtrudniejszych zadań jest radzenie sobie z uczestnikami wykazującymi opór, czyli mówiąc po ludzku – nie mającymi ochoty brać udziału w szkoleniu i silnie tę niechęć manifestującymi. Powodów braku chęci może być mnóstwo, rolą nowoczesnego trenera jest zaś osobę oporującą przekonać w sposób pozytywny, czyli bez wprowadzania terroru czy sięgania po jakiekolwiek formy przymusu. Bywa, że niechętny uczestnik zaczyna stroić sobie niewybredne żarty, dowcipkując i wykpiwając każde zachowanie czy wypowiedź prowadzącego. Tego typu żartowniś staje się nie tylko denerwujący - szybko dezorganizuje też przebieg warsztatów, nierzadko przekonując do wygłupów również inne osoby. Jednym z najlepszych sposobów na takiego oponenta jest zwykłe pozbawienie go broni. Jeśli przy zastosowaniu subtelnych manewrów trener przekona błazna, że powinien błaznować, ile tylko może, błaznowanie szybko przestaje żartownisia cieszyć. Innymi słowy, jeśli przeszkadzacza celowo obsadzimy w roli przeszkadzacza, rola ta w sposób naturalny przestaje go satysfakcjonować i jest to efekt tym silniejszy, im bardziej przeszkadzacz pragnął przeszkadzać. Jeśli bowiem uczestnik przeszkadzający usilnie pragnie zrobić trenerowi na złość, z pewnością nie będzie zainteresowany podążaniem za jego sugestiami - propozycja zawierająca pozorny sens „przeszkadzaj mi, proszę, ile tylko możesz” odniesie więc w tym przypadku zgoła odwrotny skutek. Jest to oczywiście środek o wyłącznie doraźnym zastosowaniu, bo wytrącenie przeszkadzającego z jego roli nie jest równoznaczne z autentycznym zaangażowaniem go w trwający proces szkoleniowy (a to ostatnie zadanie jest już prawdziwym elementem zawodowej sztuki trenerskiej).    
      
Takich pojedynków codziennie wszyscy odbywamy mnóstwo, a badaniem i opisywaniem podobnych zjawisk zajmuje się psychologia społeczna. Interakcja człowieka z człowiekiem nader często przyjmuje postać zabawy „kto kogo przechytrzy” (mój kolega, również trener, bardzo brzydko, ale bardzo trafnie nazywa tę zabawę zabawą w "mam cię, chuju”…).
           
Jak w ciągu mojego awanturniczego życia wielokrotnie się przekonałem, najlepszym sposobem na nadbiegającego, rozwścieczonego psa jest z wrzaskiem i autentyczną agresją wybiec mu naprzeciw, robiąc przy okazji wrażenie osoby tak ogromnej i szalonej, jak to tylko możliwe. W większości przypadków pies, niezależnie od rasy i rozmiaru, po prostu głupieje, a cała rzecz kończy się jego ucieczką. Metoda ryzykowna, bo jeśli pies jednak się nie przestraszy, za brawurę można słono zapłacić i trzeba być zawsze gotowym na najgorsze. Czasami jednak taki sposób bywa sposobem jedynym i – co ważne – bardzo skutecznym. Jeśli bowiem spacerujesz akurat z dzieckiem, psa musisz tak czy inaczej powstrzymać, zaś uległość zwykle nie przynosi w takich przypadkach pożądanego rezultatu. Nie znam się na zwierzętach, ale pies to pies, i moim zdaniem jego zachowanie podlega przede wszystkim najbardziej podstawowym, biologicznym prawom. Również, a może przede wszystkim w ludzkim świecie osobnik agresywny liczy na przerażenie ofiary, dominacja oczekuje submisji, a każdy nagły kontratak czy inne nieprzewidziane zachowanie wprowadza zamęt w plany atakującego. 

And that's the way it is... - jak mawiał Walter Cronkite... 
     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz