sobota, 6 grudnia 2014

Przygody nieuczciwego podatnika. Debilizm polskiej biurokracji

W każdej ludzkiej historii obecny jest element psychologiczny. Zawód urzędnika, zwłaszcza w polskiej odsłonie, jest od zawsze obiektem moich kpin i złośliwości. Zjawisko biurokracji jest dla mnie jednym ze zjawisk najbardziej niezwykłych, absurdalnych i idiotycznych, choć oczywistym jest, że państwo bez urzędów istnieć nie może. Tyle, że gdyby zlikwidować 50% istniejących urzędniczych stanowisk, najprawdopodobniej cały aparat państwowy, szczególnie zaś Skarb Państwa, głęboko by odetchnął. Z całą zaś pewnością odetchnęliby obywatele. 

W moim odczuciu machina biurokratyczna jest przede wszystkim w miarę wygodną przechowalnią pracowników nieudolnych, nietwórczych i pozbawionych jakichkolwiek szczególnych ambicji czy pomysłu na własne życie, choć ta reguła, jak każda, ma swoje wyjątki. Spotkałem wielu urzędników kompetentnych, kulturalnych, a przy tym uprzejmych, przystępnych i sympatycznych. Znacznie częściej trafiam jednak na tępych, upartych, intelektualnie i interpersonalnie ograniczonych, przy okazji niemiłych, wyzutych z umiejętności rozumienia czyjejś trudnej sytuacji i przy tym zazwyczaj kompletnie pozbawionych poczucia humoru. Czasami miewam wrażenie, że dużo prościej byłoby wynegocjować wypłatę gotówki z zepsutym bankomatem, niż spowodować, by pani Krysia czy Helenka nadały bieg jakiejkolwiek, najprostszej nawet sprawie. Tym bardziej, że z urzędniczego punktu widzenia nawet sikanie nie jest tak po prostu proste.

Zdarzyło się, że nie zapłaciłem podatku dochodowego. Dlaczego nie zapłaciłem, to długa historia, nic nie zmieni mojej winy, za którą przyjmuję pełną odpowiedzialność. Uważam bowiem, że obywatel, zwłaszcza dobrze zarabiający, powinien płacić podatki i nigdy przeciwko temu obowiązkowi buntować się nie zamierzałem. Fakt niezapłacenia zgłosiłem Urzędowi Skarbowemu w stosownym, przewidzianym przepisami prawa terminie, wyraziłem pełną chęć i gotowość uregulowania zaległości, a ponieważ chodziło o dość znaczną kwotę, zwróciłem się do naczelnika Urzędu z uprzejmą prośbą o rozłożenie należności na raty. Cały proces oczywiście nie jest prosty, składanie podania poprzedziła więc arcyciekawa i obfitująca w niezwykle pouczające obserwacje odyseja pomiędzy pokojami urzędu, odbywająca się pod hasłami: „nie, nie, proszę pana, to Halinka pod dwieściedwójką załatwia…”, „oj, ale to nie do mnie, to pani Mariola będzie musiała zaopiniować”, „nie, proszę pana, to musi pan najpierw napisać podanie do drugiego zastępcy sekretarza wydziału rozpoznawczo-pomierniczo-wdrożeniowo-operacyjnego”… itd. W tym akurat przypadku trafiałem głównie na urzędników niesympatycznych, obcesowych, a czasem wręcz odpychająco niemiłych. Nie ukrywam, że przykrym jest dla mnie fakt traktowania interesanta jak intruza, tym bardziej, że zgodnie z wyznawanymi przeze mnie zasadami uprawiania zawodu psychologa sam zawsze staram się w miarę możliwości iść ludziom na rękę.

Już znacznie wcześniej Urząd Skarbowy uszczęśliwił mnie troskliwą opieką komornika. Muszę jednak przyznać, że wszyscy komornicy skarbowi, jakich w tym okresie poznałem, byli ludźmi bardzo kulturalnymi, przystępnymi, komunikatywnymi i zachowującymi się naprawdę w porządku. Po prostu wykonują swoją wcale niełatwą i dość niewdzięczną pracę, jednocześnie jednak zawsze biorąc pod uwagę sytuację dłużnika i starając się w każdy możliwy sposób ułatwić mu spłatę zadłużenia. Być może miałem szczęście, że akurat takich spotkałem.


Wystosowana przez Czcigodnego Pana Naczelnika US odpowiedź na moje podanie przyprawiła mnie o szczególną wesołość. Właściwie to najpierw byłem zażenowany, potem poczułem niesmak, ale ponieważ staram się wszystko przyjmować z dystansem, dzisiaj obracam to w żart, bo też niewiele więcej mogę zrobić. Naczelnik urzędu (a raczej ktoś w jego imieniu) wysmarował pismo odmowne, zaopatrzone w uzasadnienie na 10 (dziesięć!) stron maszynopisu. Od wielu lat przyglądam się najrozmaitszym absurdom, ale do dzisiaj mnie dziwi, że komukolwiek chce się pisać podobne, niestrawne i zagmatwane pierdoły. Mnie byłoby szkoda czasu i papieru. Kiedy więc przebrnąłem przez nudną jak flaki z olejem pisaninę dowiedziałem się, co jest głównym (bo bynajmniej nie jedynym!) powodem takiej, a nie innej decyzji. Otóż… pan Imielski był wówczas zarejestrowany jako osoba bezrobotna, a jako osoba bezrobotna pan Imielski nie gwarantuje spłaty rat, bo… z czego będzie je spłacał??? Ha! I tu mamy pana Imielskiego! Skoro więc pan Imielski nie ma z czego spłacić rat, niech natychmiast odda całość zaległości... Co ciekawe, naczelnika urzędu nie interesuje, skąd pan Imielski ewentualnie weźmie całość kwoty, może nawet ukraść, byle pieniądze do urzędu trafiły. Pan naczelnik martwi się za to o źródło, z którego podatnik czerpał będzie środki na zabezpieczenie spłaty rat - z biurokratycznego punktu widzenia najwyraźniej całość zadłużenia spłacić jest znacznie łatwiej, niż raty. Oto wyjątkowo transparentny przykład urzędniczej logiki - w ten błyskotliwy sposób państwo uniemożliwia obywatelowi uregulowanie zadłużenia, którego spłaty dość zdecydowanie się domaga.

Warto też pokrótce opisać oczywiste konsekwencje takiej, a nie innej decyzji pana naczelnika. Otóż wyobraźmy sobie, że szukam jakiegoś zajęcia pełnoetatowego, w jakiejkolwiek firmie czy instytucji (od czego niech mnie Pan Bóg, w którego nie wierzę, skutecznie raczy chronić!). Odmówiono mi rozłożenia zaległości na raty, komornik więc domaga się spłaty całości zadłużenia. Dostaję pracę, komornik zabiera mi wypłatę. Zgodnie z genialnym, polskim prawem, w przypadku pracy na podstawie normalnej umowy o pracę, zajęciu może ulec tylko część wynagrodzenia. W przypadku jednak np. umowy-zlecenia, komornik ma prawo, a nawet obowiązek, zająć jego całość! Jest to kolejny, najprawdopodobniej oryginally polish made, logiczny, racjonalny i w ogóle cudowny wynalazek. Przypuśćmy, że pragnę spłacić zadłużenie i znajduję jakąkolwiek pracę, a pracodawca proponuje mi wyłącznie zatrudnienie na podstawie umowy-zlecenie (co w obecnej sytuacji rynkowej jest stanem rzeczy nader częstym). Komornik natychmiast zajmuje całą moją wypłatę - tracę nie tylko środki do życia, ale i na, przykładowo, dojazd do pracy. W konsekwencji tracę zatrudnienie. Moje wspaniałe państwo nie tylko pozbawia mnie możliwości przetrwania. W majestacie swej imponującej, niezmiernej roztropności uniemożliwia mi także spłatę podatkowego zadłużenia. W tym przypadku piszę również w oparciu o własne losy, bo i tego doświadczyłem.    

W piśmie dotyczącym prośby o rozłożenie płatności na raty, jako argument przemawiający na moją korzyść zawarłem także śmiałe sformułowanie, że we wszystkich latach poprzednich, zarówno jako pracownik różnych firm, jak i jako prywatny przedsiębiorca, regulowałem należny podatek terminowo, a w roku ostatnim po prostu zwyczajnie miałem pewne życiowe i finansowe problemy. Okoliczność tę pan naczelnik zinterpretował, rzecz jasna, na moją niekorzyść, formułując jakże błyskotliwą uwagę, że rozłożenia na raty należy odmówić „tym bardziej, że pan Imielski, jak sam podkreśla, w poprzednich latach terminowo regulował podatkowe należności”. Ciekaw jestem, czy Czytelnik podziela moje podejrzenia, że gdybym w swoim piśmie napisał „w ostatnich latach również NIE regulowałem zaległości w terminie” uzasadnienie brzmiałoby: „…tym bardziej, że pan Imielski, jak sam podkreśla, w poprzednich latach RÓWNIEŻ NIE regulował należności terminowo”…

Niewiele później Urząd Skarbowy zaszczycił mnie kolejną ciekawą propozycją. Dostałem bowiem zawiadomienie, że w związku z dalszą „uporczywą odmową” uregulowania należności, jakiś tam wydział postanowił ukarać mnie mandatem, którego przyjęcia oczywiście mogę odmówić. Jest z tym z pozoru podobnie, jak z mandatem drogowym - jeśli podatnik odmówi przyjęcia mandatu, sprawa zostaje skierowana do sądu. Przybywszy jednak we wskazanym terminie do znanej wszystkim podatnikom, uroczej świątyni finansowego ucisku dowiedziałem się, że sprawa (hej, heeeeej!) nie jest taka prosta…

Przyjęty zostałem przez pewną kobietę, urzędującą w aseptycznym, brzydkim i nieprzytulnym, w większości pustym, a w mniejszości zawalonym szarymi papierami i teczkami pokoju. Szczerze przyznam, że trafiając w takie miejsca bardzo szybko ulegam totalnemu przygnębieniu, a ponurymi myślami, chcąc nie chcąc, wracam do genialnych utworów Orwella. Mam wówczas poczucie, że prosto z mojego małego i pięknego, pełnego fajnych, pasjonujących mnie spraw i interesujących ludzi świata, wpadam prosto w świat dziwnych, zdehumanizowanych procedur, regulacji i przepisów, brzydkich i nieprzyjaznych wnętrz oraz smutnych i zaangażowanych w bezsensowne i nudne działania ludzi. Współczuję osobom wykonującym pracę polegającą na przepisywaniu idiotycznych pism, protokołów, sprawozdań i przystawiania pieczątek, przez całe życie, przez pięć dni w tygodniu, osiem godzin dziennie. I wtedy właśnie tak było. Zmuszony byłem rozmawiać ze średnio sympatyczną panią w średnim wieku, średniego wzrostu i wagi, poważną i nawet chyba nieco smutnawą. Beznamiętny ton głosu, puste spojrzenie i typowo urzędniczy zwyczaj monotonnego powtarzania w kółko tych samych fraz, na znanej w teorii obsługi klienta zasadzie „zaciętej płyty” uświadomiły mi, że to się dzieje naprawdę. Że naprawdę mam właśnie do czynienia z jednym z najbardziej reprezentatywnych, wewnętrznych, dobrze naoliwionych, ludzkich trybików gigantycznej machiny biurokratycznej. Pani urzędniczka beznamiętnym, choć grzecznym tonem poinformowała mnie o przysługujących mi prawach (przede wszystkim zaś o wszelkich grożących mi karach), po czym przystąpiła do mozolnego, ręcznego spisywania komicznego protokołu w oparciu o moje odpowiedzi na zadawane pytania. Jako psycholog nie potrafię się w takich sytuacjach powstrzymać od rozmyślań na temat tego, co też dzieje się w głowie osoby pracującej w ten sposób, a przede wszystkim – czy zajęciu takiemu towarzyszą jakieś szczególne emocje i jakakolwiek satysfakcja z wykonywanej pracy.

W toku przesłuchania na okoliczność popełnionych przeze mnie wykroczeń dowiedziałem się jednak, że hola, hola…! przyjęcie mandatu wcale nie jest takie proste! Oto bowiem, by zostać ukaranym mandatem, należy najpierw uregulować zaistniałą zaległość. Innymi słowy – mandat jest swego rodzaju nagrodą za wpłatę wymaganej kwoty! Jeśli zaś podatnik zamierza nadal uporczywie, a nawet złośliwie, odmawiać zapłaty całości zaległego podatku (na przykład dlatego, że nie ma pieniędzy) urzędnik, nawet pomimo najszczerszych chęci i pełni dobrej woli, niestety nie może go mandatem życzliwie ukarać. Jest za to zobowiązany sprawę karygodnych nadużyć skierować niezwłocznie do sądu – a wówczas sąd, z mocy prawa, z przyjemnością ukaże podatnika grzywną. Oto kolejny przykład sensownej i prospołecznej polityki demokratycznego Państwa – zalegający ze spłatą podatnik otrzymuje grzywnę, by tym łatwiej było mu uregulować zaistniałe zaległości!

Jakby tego było mało, na moje pytanie dotyczące grożących sankcji, pani urzędniczka poinformowała mnie, że ewentualna grzywna zamieniona zostać może na prace społeczne, karę pozbawienia wolności i inne, coraz bardziej przyjemne konsekwencje. Sformułowałem wówczas pytanie, czy nie dałoby się dogadać w ten sposób, że po prostu sam, dobrowolnie odsiedzę miesiąc czy dwa, a sprawę spłaty w ten sposób zamkniemy. Wzięła to chyba poważnie,  cierpliwym tonem pouczywszy mnie następnie, bym nie uprzedzał wydarzeń, bo to sąd zdecyduje, jaką karę ponieść powinienem.


Na sam koniec inspirującej i ciekawej procedury spisywania protokołu moja urocza rozmówczyni poprosiła mnie o złożenie podpisu na tylko co sporządzonym, starannym manuskrypcie. Śmiałem jednak odmówić, bo na moje pytanie, czy otrzymam kopię podpisanego pisma odpowiedziała, że… owszem, istnieje taka możliwość, lecz najpierw należy skierować do naczelnika urzędu odpowiedni wniosek, a po wyrażeniu przez tę Czcigodną Osobistość zgody wnieść stosowną opłatę, bodajże 7 złotych za każdą skopiowaną stronę… Tego nie będę komentował, pozostawiam Czytelnikowi do swobodnej oceny i interpretacji. Dodam tylko, że tak czy inaczej, dla własnego zdrowia, wolałbym chyba nie czytać uzasadnień, dlaczego "panu Imielskiemu NIE należy wydać kserokopii sporządzonego protokołu". 

Jestem od dzieciństwa wielkim wielbicielem mojego Kraju. Miłością fanatyczną i nieuleczalną kocham Polskę jako urocze i przyjazne do życia miejsce na Ziemi (kraj, nie państwo!), nad życie uwielbiam polskie Kobiety (nie ma poza Polkami kobiet na świecie), polski język, krajobraz, polską kuchnię, sztukę, muzykę, architekturę i wszystko, co z Polską związane. Uważam także, że ten nieszczęśliwy Kraj od wieków jęczy pod uciskiem jednego z najbardziej debilnych aparatów państwowych, jakie na przestrzeni dziejów zdołano skonstruować. Polskie państwo w najrozmaitszy sposób gnębi rodzimych przedsiębiorców, dławiąc w ten sposób własną gospodarkę, z przyjemnością natomiast udostępnia wszelkie przywileje zachodnim, korporacyjnym wyzyskiwaczom taniej siły roboczej. Utrudnia życie własnym obywatelom, jednocześnie bez mydła wchodząc w dupę rządom obcych, niekoniecznie nawet przyjaźnie do nas nastawionych państw, przy każdej nadarzającej się okazji demonstrujących zresztą, ile polskie zaangażowanie jest dla nich warte. Zaś funkcjonowanie absurdalnej machiny urzędniczej dla wielu zdesperowanych osób jest tylko jednym z miliona powodów, by jak najszybciej zacząć myśleć o ułożeniu sobie życia gdzie indziej.

Opisana tutaj sprawa pozwala na zachowanie dystansu i potraktowanie urzędniczego debilizmu z humorem. Znacznie gorzej, bo dużo mniej śmiesznie jest jednak, jeśli na podobny, urzędniczy beton trafiają osoby walczące o najważniejsze sprawy swojego życia - na przykład w sądzie, o dobro własnego dziecka. Szarpanina z zatrudnionymi na biurowych stanowiskach kretynami kosztuje wiele nerwów i bywa, że osoba walcząca płaci zdrowiem lub nawet życiem za urzędniczą gnuśność, nieudolność i tępotę. Ze strony zblazowanych urzędasów niezmienną i ponadczasową odpowiedzią jest: "ja pana rozumiem, ale takie mamy procedury". Procedury tworzą jednak ludzie i nie wiem, czy dla osoby pokrzywdzonej w biurokratycznych potyczkach jakimkolwiek pocieszeniem jest fakt, że urzędnik wykonuje tylko wzorowo własne obowiązki, czasami nawet mając świadomość debilizmu stosowanych rozwiązań. 

Pracując w służbie zdrowia, wielokrotnie miałem okazję obserwować, jak się w tym kraju załatwia skromne utrzymanie na koszt państwa. Pazerni i moralnie zdegenerowani lekarze chętnie załatwiają „chorym” renty, a polskie państwo utrzymuje setki tysięcy nieszczęśliwych, schorowanych rencistów, z których pewnie połowie zazdrościć można kwitnącego zdrowia. W trakcie coraz bardziej żartobliwych rozmyślań nad opisanym problemem wpadłem na pomysł, by odpowiedzieć absurdem na absurd. Gdybym tak (z powodu łupieżu czy czkawki) załatwił sobie rentę, a komornik natychmiast by ją zajął, w ciągu kilku kolejnych miesięcy państwo polskie w majestacie prawa samo spłaciłoby sobie moje zadłużenie. Dobry pomysł?

Na opisywanie fantastycznych historii potyczek z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych nie mam już siły. Może przy innej okazji. 
Tymczasem pozdrawiam wszystkich Urzędników.                  


         

3 komentarze:

  1. Witam serdecznie. Bardzo ciekawy artykuł. Na pewno będę częstym gościem na blogu oraz będę polecać znajomym.
    Zapraszam również na mój blog :
    resopsychologia-laskos.blogspot.com/

    Posiadam tytuł magistra pedagogiki zdobyty na Uniwersytecie Wrocławskim oraz jestem doktorancką nauk społecznych na Dolnośląskiej Szkole Wyższej. Poprzez swoją działalność, pragnę ukazać wszystkim odwiedzającym mój blog fascynującą wiedzę popartą moimi własnymi badaniami naukowymi .

    OdpowiedzUsuń
  2. Szanowny Panie,

    Pańska empatia w stosunku do ustroju administracji wynika jak widzę z braku elementarnej wiedzy z zakresu prawa, w tym prawa administracyjnego. Pozwolę sobie zauważyć, że udzielając swego głosu w danym temacie, winno się mieć merytorycznie uzasadnione stanowisko, o ile pragnie się by głos ten zyskał jakikolwiek Szacunek...

    Jestem prawnikiem, wcześniej ukończyłem studia administracyjne, choć nie jestem żadnym urzędnikiem, lecz "odwrotnie" - przedsiębiorcą, to jako obywatel - za żenujący uważam styl w jakim Pan się wypowiada, zwłaszcza pod względem merytorycznym.

    Pozostaję w nadziei, iż na psychologii zna się Pan lepiej, niż na faktycznych problemach ustroju administracji polskiej, za wyjątkiem bezmyślnego powtarzania dołujących irracjonalnych i wulgarnych tez, nie mających pokrycia ze stanem faktycznym...


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Panie Anonimowy przedmówco- z pewnością nie jesteś przedsiębiorcą. Żaden przedsiębiorca (człowiek pracowity) nie brał by w obronę urzędników (bezczelnych nierobów). Poza tym pasuje do ciebie profil psychologiczny: "tępych, upartych, intelektualnie i interpersonalnie ograniczonych, przy okazji niemiłych, wyzutych z umiejętności rozumienia czyjejś trudnej sytuacji i przy tym zazwyczaj kompletnie pozbawionych poczucia humoru" a szczególnie to ostatnie.
      Panie Wojciechu świetny artykuł, nacisnął pan na odcisk niejednej bi...rwie.
      Dzisiaj na ogrodzeniu mojej firmy wywieszę dwa bannery: "Polacy chcą 600 tys żołnierzy i 100 tys urzędników a nie odwrotnie." "Polacy nie życzą sobie żeby strzelano do górników"
      Chyba się jednak zapiszę do Korwina bo nie ma na co czekać.

      Usuń